Kate Murphy ma wiele obaw związanych z pójściem do nowej pracy w policji. Choć zaliczyła wszystkie egzaminy i wytrzymała seksistowskie podteksty i otwarte zaczepki kolegów oraz wykładowców, to nadal tak naprawdę nie została przygotowana na to, co ją będzie czekać. Po utracie męża stara się stanąć na nogach, uświadamiając sobie, kim właściwie w rzeczywistości jest i co sobą reprezentuje. Czy to możliwe, aby pierwszy tydzień w pracy okazał się przełomowy nie tylko dla niej, ale również i innej policjantki? Czy istnieje szansa, aby w służbie społeczeństwu zjednoczyli się nie tylko mężczyźni i kobiety, ale również biali i czarni?
Przyznaję otwarcie, że jestem wielką fanką powieści Karin Slaughter. W swojej biblioteczce zgromadziłam większość z tych wydanych w Polsce, pomijając kilka najtrudniejszych do kupienia pozycji. A jednak nadal z każdą kolejną książką autorka ta mnie zaskakuje i pokazuje, że jest w swoim gatunku po prostu niezastąpiona. Choć przywykłam do tego, że jej książki pełne są zbrodni, krwi oraz okrucieństwa, to jednak tym razem dostajemy coś więcej, niż trudną do rozwikłania zagadkę – Karin Slaughter bowiem dotyka w książce czasów sprzed 50 lat i sytuacji w tamtejszym społeczeństwie oraz policji. A wraz z tym dostajemy ciekawą, choć stroniącą od oczywistych ocen analizę czasów, w których w Atlancie kobiety walczyły o swoje prawa z mężczyznami, a rasa biała – z czarnoskórymi.
O tę analizę i obserwację opiera się praktycznie cała fabuła książki. Niech jednak nie czują się zawiedzeni ci, którzy liczyli na typową dla Slaughter jatkę w najlepszym wydaniu. Krwi zdecydowanie nie brakuje, a zbrodnie wydają się szokujące, tym bardziej, gdy zaczynamy się zastanawiać, co było ich podłożem oraz jakie były ich okoliczności. Poszukiwania tajemniczego Strzelca są czasem przełomowym dla dwóch kobiet, które co prawda nie pałają do siebie specjalną sympatią, ale chcą walczyć o to samo – prawdę i życie bez dyskryminacji. Obie bohaterki kobiece są ciekawymi, pełnymi sprzeczności osobowościami, które często w umiejętny sposób kryją swój strach i swoją niepewność. Bohaterowie męscy, choć tak bardzo do siebie podobni, to jednak świetnie pokazują mechanizmy działania w społeczeństwie pełnym stereotypów.
„Miasto glin” to mocna powieść doskonałej autorki, która chyba osiągnęła już wyżyny, jeśli chodzi o budowanie napięcia, tworzenie niesamowitych, kontrastowych bohaterów i wikłanie trudnych do wyjaśnienia intryg. Zdecydowanie jest to pozycja, której nie powinien ominąć żaden fan gatunku czy twórczości autorki.
Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)
Karin Slaughter, „Miasto glin”, Warszawa, Wyd. MUZA SA, 2016.
Komentarze