Miasto odgrzewanych kotletów

Recenzja książki "Miasto upadłych aniołów".
Można by pomyśleć, że wraz z czwartym tomem cyklu „Dary Anioła”, bohaterowie będą mogli wreszcie żyć „długo i szczęśliwie”.

Nastoletnia fantastyka nie należy do najambitniejszych gatunków i oceniam ją zawsze pobłażliwiej, ale przyznam od razu, że tym razem mocno się rozczarowałam i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że została napisana naprędce, żeby sprzedać jak najwięcej egzemplarzy, póki tego rodzaju literatura jest na fali.

Tym razem na pierwszy plan opowieści wysuwa się Simon. Okazuje się, że jest on zupełnie niezwykłym wampirem. Nie tylko dlatego, że napił się krwi Jace’a i jest odporny na słońce, ale także ze względu na znak Kaina, którym naznaczyła go Clary w finale „Miasta szkła”. Chłopak, który najbardziej marzy o tym, żeby znów być normalnym, nagle okazuje się dla niektórych cennym sojusznikiem, a dla innych  niezbędnym elementem rytuału. Do tego jego wampiryzm coraz mocniej daje mu się we znaki – coraz trudniej jest mu ukrywać swoją tożsamość przed matką, i coraz trudniej radzić sobie z głodem krwi. Na domiar wszystkiego będzie musiał wybrać pomiędzy Maią a Isabell. W każdym z tych problemów jest potencjał, ale Simon jest zbyt porządny, żeby choć jednemu dodać pikanterii. Ciągle kaja się, użala nad sobą i rozmyśla jakim jest nieszczęśnikiem...

Wątek Clary i Jacea, jest w tej części jeszcze mnie ciekawy, bo taki sam jak zawsze. To już właściwie męczące, że wreszcie kiedy okazało się, że mogą być razem, znów pojawiają się przeszkody. I tak, jak poprzednio mamy cierpiącą Clary i odsuwającego się od niej Jacea, który oczywiście nie chce rozmawiać o swoich problemach. Tym razem jednak trudno wczuć się w ich emocje, bo cała sytuacja, jest aż do bólu wtórna, choć autorka buduje pomiędzy nimi napięcie, wyraźnie wzorując się na Stephenie Mayer, z postanowieniem, żeby z seksem poczekać do ślubu. Naprawdę, nie ma się czym ekscytować.

W porównaniu do poprzednich tomów, akcja „Miasta upadłych aniołów” rozkręca się strasznie powoli. Właściwie aż dwie trzecie książki to wprowadzenie. w którym nic się nie dzieje. Simon, Clary i Jace borykają się ze swoimi problemami, tak długo, że trudno uwierzyć, że to w ogóle jeszcze fantastyka. Szkoda, bo tym razem autorka miała naprawdę dobry pomysł na demoniczną intrygę. Choć Valentine nie żyje, jak się okazuje, nie brakuje chętnych do kontynuowania jego pomysłów i eksperymentów genetycznych. Gdyby rozwinąć ten mroczny wątek na rzecz uczuciowych problemów bohaterów, książka byłaby o wiele lepsza.

Sięgnęłam po powieść z ciekawością, bo przecież wszyscy lubimy wiedzieć, co działo się dalej. Niestety, autorce wyraźnie wyczerpały się pomysły, a „Miasto upadłych aniołów”, powinno nosić raczej tytuł „Miasto odgrzewanych kotletów”. Jedynym, co ratuje tą książkę, to bardzo dobre zakończenie, a właściwie cztery ostatnie strony. Świadczy to tylko na korzyść autorki, której w ostatnim momencie udało się zmienić moje postanowienie, żeby nie sięgać już nigdy więcej po kolejne tomy z serii. Miejmy nadzieję, że w kolejnych uda jej się zatrzeć to złe wrażenie.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Cassandra Clare, „Miasto upadłych aniołów”, Mag 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat