Ciekawość tego, jak potoczą się dalsze losy Tirsa i ekipy przeplatała wątpliwość - czy będę w stanie przypomnieć sobie, co działo się we wcześniejszych częściach, aby w pełni podążać za fabułą „Miasta Świętych Mężów”? W końcu od lektury „Łańcucha Proroka” minęło prawie półtora roku. A jednak, już pierwsza strona nowej książki Luisa Montero rozwiała wszelkie wątpliwości – poczułam się tak, jakbym dopiero co odłożyła poprzednią część książki.
To zdecydowanie komplement pod adresem autora. Napisał trylogię tak spójnym językiem, z taką, zdawałoby się, swobodą, jakby to była jedna powieść, którą po prostu ktoś zdecydował się podzielić na części. Pamiętam, jak w pierwszej części zwróciłam uwagę na to, że książkę czyta się tak, jakby oglądało się film. Dokładnie to samo dotyczy części trzeciej. Właściwie „Miasto Świętych Mężów” to niemal gotowy scenariusz na film przygodowy.
Autor po raz kolejny wysyła bohaterów w niebezpieczną i pełną przygód podróż, w której po raz kolejny muszą zmierzyć się zagadkami, nad którymi z pewnością chętnie pochyliłby się sam Indiana Jones. Wygląda na to, że wszystko to, co wydarzyło się do tej pory prowadziło bohaterów właśnie do tego miejsca. Kraj, który jest o krok od narodowego powstania, mrocznie niebezpieczna dżungla i Voynich, który od samego niemal początku depcze Poszukiwaczom po piętach.
W trzeciej (i ostatniej) części przygód Tirsa i Kawalerów Poszukiwaczy spotykamy się z dobrze nam znanymi bohaterami (Tirsem, Danny, Bańką, Enigmą), a także poznajemy kilku nowych. Wydaje się, że tym razem autor nieco więcej miejsca poświęcił przyjaciołom głównego bohatera, co z pewnością odbyło się z korzyścią dla całej powieści. Choć niektóre wątki uznałabym za zbędne, to nie będę kłóciła się z wizją autora.
W „Mieście Świętych Mężów” Luis Montero powraca także do dobrze znanych nam wątków. I choć można potraktować tę książkę jako odrębną historię, to zdecydowanie polecam przeczytanie wszystkich części w chronologicznej kolejności.
„Miasto Świętych Mężów” oceniłabym jako drugą w rankingu trylogii o Poszukiwaczach. Zdecydowanie lepsza niż „Łańcuch Proroka”, jednak moim zdaniem troszkę przekombinowana w stosunku do „Stołu Króla Salomona”.
W ostatniej powieści Luisa Montero jest sporo magii. Choć każda z części była magiczna i trochę bajkowa, co stanowiło znak rozpoznawczy tej historii, to jednak w ostatniej części, jak na mój gust, jest tego trochę za dużo. Nie zdradzę, o jakie wydarzenia dokładnie mi chodzi, ale jeśli sięgniecie po tę lekturę (co polecam), z pewnością przekonacie się sami. Ostatnie mniej więcej 50 stron zwróci Waszą uwagę.
Żałuję, że przygody Poszukiwaczy dobiegły końca. Choć jestem także wdzięczna autorowi, że nie uczynił z nich telenoweli, mnożąc wątki w nieskończoność. Luis Montero to autor, którego z pewnością warto zapamiętać. Mam nadzieję, że ta lekkość pióra objawi się w kolejnej powieści. I to już wkrótce.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Luis Montero „Miasto Świętych Mężów”, Wydawnictwo Rebis, Poznań 2017
Komentarze