Zderzenie dwóch punktów widzenia. Pomimo tego, że zawsze widzieliśmy ich razem jako prowadzących popularne telewizyjne show, okazało się, jak różne posiadają osobowości. Zaskoczeniem więc była wieść, że ich stosunki wyszły ponad zawodową relację, która przeszła w prywatną zażyłość. Jeszcze większym – napisanie wspólnie książki „Bóg, kasa i rock’n’roll”, będącej zapisem ich rozmów o rzeczach według nich ważniejszych niż choćby biust Dody. Ale największym – w jaki sposób im się to udało.
„Jak to możliwe, że tak bystry facet legitymizuje swoim intelektem historie rodem z science-fiction?” – zastanawiał się Marcin Prokop. „Jak to jest, że trzydziestoparoletni człowiek nadal ma nad łóżkiem plakaty dziwnych długowłosych krzykaczy i twierdzi, że popowe piosenki mogą opowiedzieć całą prawdę o życiu?” – nie dowierzał Szymon Hołownia. Okazało się, że o swoim życiu i najważniejszych dla nich sprawach, pomimo będących pomiędzy nimi różnic, potrafią porozmawiać bez agresji oraz uprzedzeń, co niezwykle rzadko się zdarza. Pomaga im w tym przyjaźń i wzajemny szacunek.
Dotykają tematów ważnych i co warto dodać – „często zamiatanych pod dywan”, nie tylko przez katolików, ale także tych, którzy na co dzień nie chcą zajmować się sprawami wychodzącymi poza racjonalną rzeczywistość. Rola Prokopa to „wkładanie kija w mrowisko”. Zadaje niewygodne pytania, na które odpowiedzi rzadko usłyszymy w kościele. Jednak Hołownia to godny niego interlokutor. Stara się rzetelnie odpowiedzieć na zarzut, pytanie, prośbę o wytłumaczenie. Robi niezły PR Kościołowi, to adwokat wierzący w słuszność bronionej sprawy. Podczas słownej żonglerki poruszają sprawę eutanazji, in vitro, afer pedofilskich w Kościele, aborcji. Dyskutowali na temat bliźnięcia syjamskiego, jakim według Hołowni jest związek Polaka i katolika. Prokop nie pozwolił, aby pytania, które większości z nas cisną się na usta, zawisły w próżni. Słusznie.
„Piotr Rubik polskiego katolicyzmu”, jak żartobliwie zostaje nazwany w książce Szymon Hołownia, znany jest już z poprzednich swoich książek (świetnie zresztą przyjętych i napisanych), jako bardzo inteligentny i oczytany gość, który o religii wie niekiedy więcej niż niejeden dostojnik kościelny. Na pewno ma większą swobodę i talent w przekazywaniu swojej rozległej wiedzy. Pokazuje, że można mówić o Bogu w sposób przystępny, bez retorycznych chwytów, bufonady. Pomimo tego, że czasem jego głos przybiera „paternalistyczny ton klasowego prymusa”, nie da się obok jego słów przejść obojętnie. Wwiercają się w myśli.
O ile Hołownia znany jest ze swojego talentu pisarskiego, o tyle o „Platonie telewizji śniadaniowej”, Marcinie Prokopie-pisarzu, nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Okazuje się, że jest dobrym, kompetentnym partnerem do rozmowy. I dlatego nabiera to sensu, waga pokazująca intelektualne proporcje pomiędzy autorami niemalże się równoważy. O ile Hołownia kojarzy się z siłą entuzjazmu i argumentów, o tyle Prokop to ucieleśnienie dociekliwości i uporu. Pomimo jego stosunku do religii, które mogłoby się zawrzeć w motcie: „Krzyż bezradnie rozłożył ramiona, kiedy przechodząc obok, spytałem go o drogę”, pojawienie się w jego życiu przyjaciela sprawiło, że zaczął się zastanawiać nad obranym kierunkiem. Jego obecność całej rozmowie dodaje lekkości, humoru, chociaż i tego, wbrew pozorom, nie braknie drugiemu autorowi.
„Sz.H.: To jest polska specyfika. Nie umiemy rozmawiać o kwestiach wiary inaczej niż na zasadzie: ten mi się podoba, a ten mi się nie podoba. Nie umiemy wznieść się ponad uliczny sentymentalizm: to czuję, a tego nie czuję. Jesteśmy zwyczajnie niedouczeni”. Wierzę, że ta książka to krok naprzód w stronę pojednania, dialogu na zasadach wzajemnego szacunku i tolerancji.
Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)
Szymon Hołownia, Marcin Prokop, „Bóg, kasa i rock’n’roll”, Znak, Kraków 2011
Komentarze