Miejsce szczęśliwych miłości

Recenzja książki „Ulotne chwile szczęścia”.
Udanego związku i prawdziwej miłości pragnie się w każdym wieku. Po przejściach, latach samotności, rozwodach lub wdowieństwie.

O tym, że tak jest, przekonuje nas Robyn Carr w swojej książce „Ulotne chwile szczęścia”. W małej osadzie Virgin River, znajdującej się gdzieś w Stanach Zjednoczonych, mieszka zaledwie sześciuset mieszkańców. Nie przeszkadza to im jednak wieść prawdziwie rozległe życie. Zarówno w sensie pokonywanych odległości, jak i burzliwych emocji. Jedną z głównych bohaterek jest Vanni, której mąż żołnierz właśnie zginął w Iraku. Pech chciał, że stało się to w czasie, gdy kobieta była już wtedy w szóstym miesiącu swojej pierwszej ciąży. Niewiele wcześniej zmarła jej matka, teraz opuścił ją mąż. W tym trudnym dla niej czasie wspierał ją młodszy brat oraz ojciec. Należy także wspomnieć o Paulu, najlepszym przyjacielu nieżyjącego męża. To on pomagał jej zmierzyć się ze smutkiem w czasie żałoby, to on towarzyszył jej także w czasie porodu. Wreszcie to on kochał ją od dawna, ale nie śmiał wcześniej wyrazić swoich uczuć. Najpierw ze względu na braterską miłość do przyjaciela, potem miał na uwadze ich stabilny i dobry związek, a teraz i śmierć Matta. Sam zresztą opłakiwał go równie mocno jak rodzina. Walcząc ze swoimi uczuciami, nie zauważył jak bardzo zmieniła się jego relacja z Vanni. Nie spodziewał się, że także ona powoli zaczęła się w nim zakochiwać.

W książce Robyn Carr występuje wiele postaci. Poza wspomnianymi bohaterami nieustannie mamy do czynienia z ich krewnymi, sąsiadami, przyjezdnymi. Nawet znalazło się tu miejsca dla hodowcy marihuany chociaż jego przygoda w tej książce nie ma charakteru melodramatycznego. Co więcej, wszyscy pragną jednego: prawdziwej miłości. Opowieść o Virgin River to klasyczny romans, tzw. harlekin, osadzony we współczesnych realiach. Jeżeli poszukujemy ucieczki od zgiełku codzienności czy pragniemy zapomnieć o kłótni z mężem, to wspaniała lektura na taki właśnie moment. Wszystkie postacie zamieszkujące ten plastycznie opisany świat tak jak my korzystają z telefonów komórkowych i Internetu. Jeżdżą samochodami i również chodzą do dentysty. Można więc im tylko pozazdrościć życia w idyllicznej osadzie leżącej gdzieś daleko w amerykańskich górach. A także  tego, że ich życiem rządzą głębokie i szczere emocje o których nam zdarza się zapomnieć. Jeśli więc chcesz odetchnąć i cieszyć happy endem innych (po obowiązkowych perypetiach..) sięgnij po „Ulotne chwile szczęścia”.

Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)

Robyn Carr, „Ulotne chwile szczęścia”, Mira/Harlequin 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat