Tymczasem dostałam historię pozbawionej asertywności, trzęsącej się ze strachu niczym osika Walerii, która może i owszem zasługuje na odrobinę współczucia, ale trudno pohamować się, by nie rzec, że sama sobie zgotowała ten los.
Waleria, po bezowocnych poszukiwaniach pracy marzeń, nareszcie takową dostaje. I szybko przekonuje się, że wpadła jak śliwka w kompot. Ma dwóch szefów pracoholików, którzy nie potrafią się ze sobą dogadać. W dodatku są chamami rozstawiającymi ludzi po kątach, poświęcającymi się pracy na okrągło przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Potrafią przy tym świetnie spychać lwią część pracy na podwładnych, o czym przekonuje się Waleria. Dzień za dniem mija, obowiązków przybywa, niezałatwionych spraw na wczoraj również. Coraz mniej wolnego czasu, szwankujące kontakty ze znajomymi i rodziną. Harówka dniem i nocą bez chwili wytchnienia, ciągle pod telefonem. Ale Waleria się nie buntuje, no może troszeczkę, ale tylko we własnych czterech ścianach. Złość podlewa alkoholem. Coraz częściej i w coraz większych ilościach.
Taką Walerię poznajemy w pierwszej części książki. W drugiej jest już tylko gorzej. Mamy nagle czasowy przeskok, w którym alkohol już nie wystarcza, by tłumić samotność. Potrzeba silniejszych środków, które pozwolą funkcjonować. Pracy też ma Waleria więcej. Pozbyła się za to przyjaciół, z rodziną kontakty też wiszą na włosku, chłopak idzie w odstawkę. Smutne i przykre, ale Waleria nie jest tu bez winy. O ile początkowo mogliśmy jej współczuć, że musi odnaleźć się w tak brutalnym świecie, to w dalszej części wszystko to mija, bo korporacyjna rzeczywistość wchłonęła bohaterkę bez reszty. Ma wszelkie zadatki do uzyskania miana kobiety cyborga. Asertywność nadal pozostaje jej obca. Jest przecież adrenalina, są pieniądze, nowe kontakty (nic, że całkowicie jałowe). Jest alkohol i czasem coś mocniejszego. Ot, takie standardy pracy...
Taki mamy świat, że wizja pracy w wielkiej firmie dla wielu staje się nobilitacją. Mało kto przypuszcza jednak, że za wysokimi zarobkami kryje się istna mordęga i stopniowa rezygnacja z życia prywatnego. Mimo mało zachwycającej fabuły, warto sięgnąć po książkę, jeśli chcemy nieco podejrzeć wewnętrzne funkcjonowanie biznesowego światka, w którym nie ma miejsca na słabości, a życie prywatne trzeba skreślić tuż po przekroczeniu jego progu. Marta Rogala skłania do zastanowienia się nad własnymi priorytetami. Nie neguje osób wspinających się po szczeblach kariery. Pokazuje jedynie, jakim kosztem to się odbywa. A konsekwencje, niestety, są spore. Sprawdzasz wieczorem służbową pocztę? No właśnie...
Katarzyna Stec
(kultura@dlalejdis.pl)
Marta Rogala, „Poślubiona korporacji”, Zysk i S-ka, Poznań 2011
Komentarze