"Milion smutnych atomów" - recenzja

Recenzja książki "Milion smutnych atomów".
Moją uwagę od razu zwrócił tytuł - lekko melancholiczny, zapożyczony z chemicznej terminologii. A przecież wiadomo, że miłość to chemia…

Znajdziecie tutaj miłość, a raczej jej ciemną stronę odartą z romantyzmu, motyli w brzuchu, sprowadzoną do przyzwyczajenia, nieumiejętności wyrażania swoich pragnień, zamkniętą w poczuciu niespełnienia i jakiejś nienazwanej tęsknoty za czymś mocno niezdefiniowanym.

Młode małżeństwo, Amelia i Józef, na pozór wydają się szczęśliwi. Mają własne mieszkanie bez kredytu; dobre prace, które lubią; wspólne pasje. Czego chcieć więcej od życia? A jednak z upływem lat zaczynają pojawiać się pierwsze rysy na ich wspólnej drodze. Pęknięcia w postaci niedomówień zaczynają się pogłębiać. Amelia nie potrafi odnaleźć się w Poznaniu, w mieszkaniu urządzonym przez teściów i ulokowanym na dwunastym piętrze. Od zawsze towarzyszył jej lęk wysokości i w tej codziennej pogoni za lepszą przyszłością. Marzy o bajce, w której książę nie okaże się żabą. Niestety, tą żabą jest Józef, który chciałby mieć dzieci i lubi ciepło domowego ogniska. Wiedźma, czyli Amelia, woli świat książek i własnych mrzonek. Męczy ją rola gospodyni dbającej o dom. Może dlatego nowy sąsiad - miłośnik czytelniczych przygód - porusza w niej, dotąd nienazwane, pragnienia. Zaczyna się jej bardzo podobać możliwość prowadzenia dyskusji o kulturze i książkach, a i podobnie przecież zaczęła się miłość do Józefa.

Józef dużo myśli o Amelii i ma mnóstwo pomysłów na wzniecenie dawnego ognia, ale ze względu na dość złożony charakter żony nie ma odwagi wprowadzać ich w czyn. Z kolei jego nowa pracownica chętnie poddałaby się jego wyobraźni i nie tylko. Zwłaszcza, że jej uśmiech na długo po zakończeniu pracy ogrzewa mężczyznę od środka i coraz częściej zastępuje uśmiech żony. Czy faktycznie instytucja małżeństwa jest przereklamowana? Czy to kwestia umiejętności kochania i kompromisu?

Dużym plusem historii są cudownie i prawdziwie nakreślone postacie. Amelia od samego początku mnie bardzo irytowała - niezdecydowana, wiecznie niezadowolona oraz nadąsana z błahych powodów. To kobieta, która bardzo chciałaby coś zmienić w swoim życiu, ale pozostaje to w wiecznej sferze zamierzeń. I właśnie tutaj ukryta jest magia prawdziwości historii, bo ile ja osobiście znam takich kobiet - nie sposób zliczyć. Najłatwiej narzekać i kazać czytać w myślach mężczyznom, zamiast postawić na szczerość i rozmowę. Oczywiście wina zawsze leży po dwóch stronach, ale Józef wydaje się osobą, która by się bardziej starała, gdyby nie mur budowany przez małżonkę. Bo u niego można było zauważyć te lekkie płomyki tlącej się miłości, które wyrażały się troską i niewielką spontanicznością. Dlatego też zakończenie nawet mnie zaskoczyło, co rzadko się zdarza w takich niby oczywistych historiach miłosnych.

"Milion smutnych atomów" to przykra, ubrana w klimatyczną historię, diagnoza współczesnych małżeństw, które nie potrafią walczyć, ale z łatwością wyznaczają granicę własnej uległości wobec drugiej osoby. Lektura obnaża bezlitosną prawdę o miłości, która czasem nie jest wystarczającym powodem, by być ze sobą, a wręcz czasami uświadamia, iż niekoniecznie da się żyć z naszym obiektem westchnień. Małżeństwo nie jest łatwe, wierność na pewno jest trudna, a miłość? Cóż, jest najbardziej zaskakującym i nieprzewidywalnym uczuciem.

Sandra Kortas-Dorsz
(sandra.kortas@dlalejdis.pl)

Jagoda Wochlik, „Milion smutnych atomów", Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2018



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat