Znajdziecie tutaj miłość, a raczej jej ciemną stronę odartą z romantyzmu, motyli w brzuchu, sprowadzoną do przyzwyczajenia, nieumiejętności wyrażania swoich pragnień, zamkniętą w poczuciu niespełnienia i jakiejś nienazwanej tęsknoty za czymś mocno niezdefiniowanym.
Młode małżeństwo, Amelia i Józef, na pozór wydają się szczęśliwi. Mają własne mieszkanie bez kredytu; dobre prace, które lubią; wspólne pasje. Czego chcieć więcej od życia? A jednak z upływem lat zaczynają pojawiać się pierwsze rysy na ich wspólnej drodze. Pęknięcia w postaci niedomówień zaczynają się pogłębiać. Amelia nie potrafi odnaleźć się w Poznaniu, w mieszkaniu urządzonym przez teściów i ulokowanym na dwunastym piętrze. Od zawsze towarzyszył jej lęk wysokości i w tej codziennej pogoni za lepszą przyszłością. Marzy o bajce, w której książę nie okaże się żabą. Niestety, tą żabą jest Józef, który chciałby mieć dzieci i lubi ciepło domowego ogniska. Wiedźma, czyli Amelia, woli świat książek i własnych mrzonek. Męczy ją rola gospodyni dbającej o dom. Może dlatego nowy sąsiad - miłośnik czytelniczych przygód - porusza w niej, dotąd nienazwane, pragnienia. Zaczyna się jej bardzo podobać możliwość prowadzenia dyskusji o kulturze i książkach, a i podobnie przecież zaczęła się miłość do Józefa.
Józef dużo myśli o Amelii i ma mnóstwo pomysłów na wzniecenie dawnego ognia, ale ze względu na dość złożony charakter żony nie ma odwagi wprowadzać ich w czyn. Z kolei jego nowa pracownica chętnie poddałaby się jego wyobraźni i nie tylko. Zwłaszcza, że jej uśmiech na długo po zakończeniu pracy ogrzewa mężczyznę od środka i coraz częściej zastępuje uśmiech żony. Czy faktycznie instytucja małżeństwa jest przereklamowana? Czy to kwestia umiejętności kochania i kompromisu?
Dużym plusem historii są cudownie i prawdziwie nakreślone postacie. Amelia od samego początku mnie bardzo irytowała - niezdecydowana, wiecznie niezadowolona oraz nadąsana z błahych powodów. To kobieta, która bardzo chciałaby coś zmienić w swoim życiu, ale pozostaje to w wiecznej sferze zamierzeń. I właśnie tutaj ukryta jest magia prawdziwości historii, bo ile ja osobiście znam takich kobiet - nie sposób zliczyć. Najłatwiej narzekać i kazać czytać w myślach mężczyznom, zamiast postawić na szczerość i rozmowę. Oczywiście wina zawsze leży po dwóch stronach, ale Józef wydaje się osobą, która by się bardziej starała, gdyby nie mur budowany przez małżonkę. Bo u niego można było zauważyć te lekkie płomyki tlącej się miłości, które wyrażały się troską i niewielką spontanicznością. Dlatego też zakończenie nawet mnie zaskoczyło, co rzadko się zdarza w takich niby oczywistych historiach miłosnych.
"Milion smutnych atomów" to przykra, ubrana w klimatyczną historię, diagnoza współczesnych małżeństw, które nie potrafią walczyć, ale z łatwością wyznaczają granicę własnej uległości wobec drugiej osoby. Lektura obnaża bezlitosną prawdę o miłości, która czasem nie jest wystarczającym powodem, by być ze sobą, a wręcz czasami uświadamia, iż niekoniecznie da się żyć z naszym obiektem westchnień. Małżeństwo nie jest łatwe, wierność na pewno jest trudna, a miłość? Cóż, jest najbardziej zaskakującym i nieprzewidywalnym uczuciem.
Sandra Kortas-Dorsz
(sandra.kortas@dlalejdis.pl)
Jagoda Wochlik, „Milion smutnych atomów", Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2018
Komentarze