„Miłość bez końca” - recenzja

Recenzja książki „Miłość bez końca”.
„Kiedy miałem 17 lat i byłem w pełni posłuszny natarczywym żądaniom serca, zboczyłem z normalnej drogi życia i w ciągu sekundy zniszczyłem wszystko, co kochałem...”

Tak rozpoczyna się spowiedź młodego chłopaka, Davida Axelroda, owładniętego tak silną miłością do Jade, że stwierdzenie iż „nie może bez niej oddychać” znajduje tu rzeczywisty wymiar.

Koniec lat 60-tych XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Wolna miłość, kolorowe szaleństwo, narkotykowe eksperymenty i śmierć cenzury stanowią tło dla powieści i wydarzeń, które poprzedziły dramat Davida. Jade i David, których połączyła szalona miłość, pełna pożądania. Kiedy ojciec dziewczyny zauważa jak bardzo intensywne jest ich uczucie postanawia, że przez miesiąc chłopak nie będzie widywał się z jego córką. Zrozpaczony takim obrotem sprawy David wpada na szalony pomysł podpalenia domu rodzinnego Jade. Jest tak bardzo zamroczony bólem rozstania, że nie myśli racjonalnie. Sprawy wymykają się spod jego kontroli i wraz z całą rodziną Butterfieldów trafia do szpitala jako poszkodowany w pożarze, gdzie będąc przerażony ogromem tragedii, do której się przyczynił wyznaje, że to on jest sprawcą podpalenia. Oczywiście musi ponieść konsekwencje swego wybryku, ale nie to jest dla niego największą karą. Brak możliwości kontaktu z Jade powoduje, że miłość, którą za wszelką cenę stara się ukryć głęboko w zakamarkach duszy przed całym światem, drąży i jątrzy jego serce, jego umysł. Staje się jego obsesją i tylko nadzieja, że jeszcze kiedyś ujrzy swoja ukochaną trzyma go przy względnym zdrowiu psychicznym.

„Miłość bez końca” powstała w 1979 roku i pod względem przesłania zupełnie nie straciła na swej wartości. Wszak obezwładniające uczucia, jak i ich niszcząca siła, która nie może znaleźć ujścia w spełnieniu, zdarzają się i zdarzać będą pewnie zawsze. To próba pokazania czytelnikowi czym kończy się zatracenie w miłości, ale przecież nie tylko. Przesada w którąkolwiek stronę jest zawsze niszcząca dla tego, który nie umie znaleźć złotego środka. I chyba sam autor pisząc powieść zatracił się w tym tak bardzo, że całość w ogólnym rozrachunku jest nudna.

Z pewnością nie można Spencerowi odmówić umiejętności opisywania najgłębszych uczuć, jakich doznaje człowiek zakochany bez pamięci. Tu rzeczywiście pisarz osiągnął mistrzostwo słowa pisanego w dziedzinie emocji; przedstawia je tak, jakby były żywymi obrazami. Szkoda tylko, że większość powieści jest zwyczajnie przegadana. Czasem miałam wrażenie, że kilkanaście stron wcześniej czytałam dokładnie to samo, tak jakby autor kręcił się w tych rozważaniach w kółko. I czasem, kiedy książka znów nabierała tempa, zaczynało się coś dziać, całe moje zainteresowanie nią psuła nadmierna ilość melancholii.

Z pewnością zaletą dla mnie były opisy życia w Ameryce, którą osobiście jestem zauroczona, fantastyczny przekaz klimatu tamtych lat, sposób życia jej mieszkańców, którym było dane kosztować życia pełnymi garściami z czego skwapliwie korzystali. Ja pewnie do powieści już nie wrócę, ale zachowam obraz Stanów Zjednoczonych przedstawiony przez Scotta Spencera na długo w pamięci.

Natalia Nowak-Lewandowska
(natalia.nowak@dlalejdis.pl)

Scott Spencer, „Miłość bez końca”, Warszawa, Wydawnictwo MUZA SA, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat