Alice Allevi raczej nie jest gwiazdą w swojej dziedzinie – stara się, ale ani przystojny, ambitny naukowiec Claudio, wzór pracownika Instytutu Medycyny Sądowej, ani jej przełożeni nie widzą przyszłości dziewczyny w tym zawodzie. Nie pomaga fakt, że Alice odrzuca propozycję udziału w mogących poprawić jej sytuację projektach, jest rozkojarzona i nieszczególnie przykłada się do swojej pracy. Gdy ginie młoda dziewczyna, Giulia Valenti, a nie wiadomo, czy to morderstwo, przedawkowanie narkotyków, samobójstwo czy wypadek, aspirująca patolog zbyt mocno angażuje się emocjonalnie w sprawę, co może być jej gwoździem do zawodowej trumny.
Dzieje się jednak inaczej – chociaż zaangażowanie Alice sprawia, że śledztwo spędza jej sen z powiek, a współpracownicy ignorują jej pomysły i sugestie, lekarka uporczywie dąży do rozwiązania zagadki, ryzykując utratę prawa do wykonywania zawodu. Jej samozaparcie w końcu przynosi efekty – zagadka śmierci Giulii zostaje rozwiązana, w dodatku w sposób, którego trudno było się spodziewać na początku śledztwa, a sama lekarka zyskuje w oczach przełożonych i dostaje nietypową propozycję pracy. Nie bez wpływu na zawodowy rozwój Alice pozostaje także jej znajomość z dziennikarzem Arthurem – synem Szefa Wszystkich Szefów – Najwyższego.
Wydawać by się mogło, że pozycja reklamowana hasłem: „Bridget Jones spotyka doktora House’a” musi być hitem… To tylko złudne wrażenie. „Miłość i medycyna sądowa” Alessi Gazzoli wzbudziła we mnie skojarzenie z włoskim makaronem, długim i rozgotowanym aż do bólu. Sam wątek kryminalny byłby ciekawy, gdyby akcja poprowadzona została wartko, nie była przeplatana długimi rozważaniami głównej bohaterki na różne tematy – głównie dotyczące rzekomo przystojnego Claudio. Brakuje zaskoczenia i obiecanego rozbawienia – w czasie lektury można liczyć wyłącznie na słaby uśmiech zażenowania przewidywalnością akcji. Wątek romansowy pojawił się w książce chyba tylko po to, żeby wpisać powieść w kanon literatury obyczajowej dla kobiet – „Miłość i medycyna sądowa” nic by nie straciła, gdyby wyciąć wszystkie sceny dotyczące relacji Arthura i Alice – schematu od początku do końca przewidywalnego i powtarzanego niemalże w każdej propozycji skierowanej do żeńskiej części odbiorców; schematu w tym przypadku zupełnie zbędnego.
Brak porywających zwrotów akcji, naszpikowanie profesjonalnym słownictwem, niezrozumiałym dla zwykłego czytelnika, zbędne wątki – to wszystko wpływa na fakt, że lektura zamiast być lekką i przyjemną, staje się toporna i nudna. Liczyłam, że książka, która wspomina w tytule medycynę sądową będzie dla mnie – przyszłego prokuratora, fascynującą pozycją, ale niestety – rozczarowałam się. Z trudem brnęłam przez kolejne strony i z ulgą odłożyłam książkę na półkę. Teraz już rozumiem, dlaczego nigdy wcześniej nie słyszałam o powieściach Alessi Gazzoli, które rzekomo są bestsellerami.
Ewa Mędrzecka
(ewa.medrzecka@dlalejdis.pl)
Alessia Gazzola, „Miłość i medycyna sądowa”, Wydawnictwo Jaguar, 2014
Komentarze