Poznajemy ją jako nieszczęśliwą rozwódkę, rozpamiętującą krzywdy doznane przez byłego męża i jego kochankę (później już żonę). Miriam stanowiła typową żonę zamożnego rekina nowojorskiej finansjery (bo akcja w dużej części toczy się w „Wielkim Jabłku”), wytworna dama, brylująca na salonach, udzielająca się w organizacjach charytatywnych, nastawiona na zachowanie pozorów ideału we wszelkich aspektach życia. Do czasu aż porzucił ją mąż, nawiasem mówiąc łajdak, o czym przez cały czas przypomina papuga Harry, głosząc szyderczo: „Charles to dupek” (pewnie wiele z nas chętnie nauczyłoby swojego zwierzaka takich słów, zmieniając jedynie imię). Po rozwodzie, z pieczołowitością tworzony przez Miriam świat, legł w gruzach, a ona z nieustępliwą wytrwałością ratowała jego szczątki. Jednak życie nie znosi próżni, więc długo taki stan nicości utrzymywać się nie mógł. Toteż nasza bohaterka stopniowo, pod wpływem pewnych zdarzeń i ludzi, zaczęła uświadamiać sobie, że pod maską nudnej, wymuskanej damulki, którą stworzyła, kryje się otwarta, spontaniczna, radosna dziewczyna. Wtedy też zdała sobie sprawę, że nie droga porcelana i strój od Channel stanowią kwintesencję ludzkiej egzystencji, ale miłość, której człowiek ma w sobie całe pokłady – do rodziny, przyjaciół, partnera/partnerki. Ta zaskakująca, aczkolwiek nie niemożliwa, metamorfoza dokonuje się w Miriam w przepięknych okolicznościach „krainy zachodów słońca w kolorze mango” – Wyspy Sullivana w Południowej Karolinie. Z opisów zawartych w książce wynika, że to iście magiczne miejsce, które w dodatku istnieje naprawdę, bo autorka właśnie tam urodziła się, wychowała i przebywa przez pewną część roku.
Mylący wydaje się zarówno tytuł książki, jak i jej okładka. Przywodzi bowiem na myśl ckliwe romansidła i może odstręczać innych czytelników, poza miłośnikami (właściwie miłośniczkami) gatunku. Niepotrzebnie, bo choć książkę trudno zaliczyć do arcydzieł literatury, czyta się ją naprawdę przyjemnie. Fabuła osnuta wokół losów dojrzałej kobiety, jej rodziny i przyjaciół została w ciekawy sposób zarysowana i poprowadzona. Sama przemiana, tak duchowa, jak i fizyczna głównej bohaterki wydaje się przekonująca. Warto sięgnąć po tę książkę w jeden z wielu czekających nas ponurych, zimnych wieczorów, by przypomnieć sobie, że miłość, to nie tylko romans i ognisty seks z jakimś przystojniakiem, ale także głębokie więzi łączące nas z bliskimi, o które warto dbać, by się nie rozerwały.
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Dorothea Benton Frank „Wołam cię, wróć”, Prószyński i S-ka, Warszawa, 2010
Komentarze