„Miłość rano, miłość wieczorem”- recenzja

Recenzja książki „Miłość rano, miłość wieczorem”.
Książka Marii Nurowskiej doskonale wkomponowuje się w tegoroczne obchody 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, bo to powstańcy i ich życie, stanowią trzon powieści.

Jerzego Ziarnickiego poznajemy w 1976 r., gdy niespodziewanie otrzymuje bilet do Teatru Wielkiego na „Toscę” w wykonaniu berlińskiej opery. Jakież jest jego zdziwienie, gdy w Evie Meier, odtwórczyni głównej roli, rozpoznaje swą zaginioną tuż po Powstaniu Warszawskim żonę – Zofię. Ich spotkanie po latach, przyniesie ogromne zmiany w życiu starszego już architekta, samotnie żyjącego w mieście, budzącym ogrom wspomnień. Okazuje się bowiem, że Zofia w chwili rozstania była w ciąży, a kiedy na świat przyszła ich córka Anna, samotnie wychowywała ją w Niemczech, gdzie po wojnie znalazła schronienie. Niestety młoda dziewczyna trafiła do więzienia w zachodnich Niemczech za kontakty z terrorystyczną Frakcją Czerwonej Armii. W głowie Jerzego oraz jego przyjaciół z czasów powstania, Feliksa i Olo, pojawia się plan odbicia Anny…

Gdy przeczyta się, czego dotyczyć ma najnowsza książka Marii Nurowskiej „Miłość rano, miłość wieczorem”, to grzechem byłoby powiedzieć, że nie brzmi to ciekawie. Mamy tu wątek miłosny, kryminalny, historyczny, dramatyczny i to wszystko na niespełna 250 stronach. Tematyka świetna, ale wykonanie niestety może rozczarować. Brak tu bowiem pochylenia się nad relacjami oraz emocjami, a także szerokiego wachlarza przemyśleń i rozterek (do czego przyzwyczaiła nas Maria Nurowska), tak jakby spieszyła się opowiedzieć nam tę historię tak bardzo, że zapomniała o całej reszcie.

To, co wielu urzeka w twórczości Marii Nurowskiej, ten powolny proces dojrzewania ludzi do pewnych decyzji, został zastąpiony suchym i rzeczowym informowaniem o zmianach w życiu bohaterów. Oczywiście nadal pisarka serwuje nam doborowe postacie, bardzo zróżnicowane i przez to niezmiernie interesujące, ale w „Miłość rano, miłość wieczorem”, zostały trochę nadto podkoloryzowane. Zbyt duży rozmach, mało wiarygodne akcje oraz przerysowane postacie, mogą wśród wielbicieli niewątpliwego talentu Nurowskiej, wywoływać mieszane uczucia.

Książka Marii Nurowskiej doskonale wkomponowuje się za to w tegoroczne obchody 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, bo to powstańcy i ich życie, stanowią trzon powieści. Różnorodność ich losów, a także diametralnie inne spojrzenia na przeszłość, to niezwykły walor tej książki. Jerzy, spokojnie dożywający starości architekt, Olo – lekarz żyjący w Australii ze znacznie starszą od siebie miłośniczką dzikich zwierząt, oraz Feliks – nadal waleczny, a nawet garnący się do polityki. Każdy z nich inaczej wspomina Powstanie i inaczej poradził sobie z nową rzeczywistością. Jedno, co pozostało niezmienne, to przyjaźń i wspólne przeżycia, które połączyły ich na zawsze. Z ogromną przyjemnością czytamy o takich ludziach, tym bardziej, że pisarka ma talent obserwatora oraz umiejętność przelewania na papier swoich spostrzeżeń.

W blisko czterdziestoletniej karierze Marii Nurowskiej, zawsze znajdą się książki, które mniej lub bardziej będą zachwycać. Niezmiennie będą jednak na pewno „jakieś” i „o czymś ważnym”, co nie zawsze można powiedzieć o publikacjach innych autorów.

Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)

Maria Nurowska, „Miłość rano, miłość wieczorem”, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat