Miłość wśród rodzinnych tajemnic

Recenzja książki „Zgoda na szczęście”.
Losy Hani i Mikołaja sprowadzają się tu do mnogości scen miłosnych, wspólnych posiłków, tęsknoty i czekania na siebie nawzajem.

Kilka ostatnich dni spędziłam z moją imienniczką – Hanką. Tak ma na imię bohaterka książek Anny Ficner-Ogonowskiej. „Zgoda na szczęście” przedstawia dalsze losy Hani Lerskiej i Mikołaja Starskiego. W poprzedniej części byli już zakochaną parą. Na chłopski rozum łatwo przewidzieć, czego brakowało do happy end’u: powiedzenia sobie „tak” przy ołtarzu. Do tego Hanka wciąż skrywała rodzinną tajemnicę przed swoją siostrą Dominiką. Ciekawa byłam też, jak Dominika odnajdzie się w roli matki. Przypuszczałam, że tego wszystkiego dowiem się ze „Zgody na szczęście” i miałam nadzieję, że pisarka uraczy mnie opowieścią pozostającą na tak wysokim poziomie jak poprzednie części.

Trochę się zawiodłam. Bez wątpienia, jest to najsłabsza część dotychczasowych losów Mikołaja i Hanki. Akcja ciągnie się powoli, a Hanka staje się tak męcząca, że chwilami miałam dosyć jej chęci zbawienia całego świata. Kiedy jednak już się zaczytałam i przyzwyczaiłam do stylu autorki, nie było tak źle. Czytało się szybko, uroniłam kilka łez, parę razy się uśmiechnęłam. Nawet więcej niż parę, właściwie uśmiechałam się za każdym razem, kiedy do akcji wkraczała Dominika. Ci, którzy znają już książki Anny Fincer-Ogonowskiej, na pewno domyślą się, dlaczego Dominika budzi takie pozytywne emocje. Podobnie radosne odczucia przynosi każde zdanie wypowiedziane przez panią Irenkę. Chyba te dwie postaci są najmocniejszą stroną „Zgody na szczęście”, bo tak naprawdę losy Hani i Mikołaja sprowadzają się tu do mnogości scen miłosnych, wspólnych posiłków, tęsknoty i czekania na siebie nawzajem.

Dotychczas za najmocniejszą stronę książek Anny Ficner-Ogonowskiej uważałam styl autorki. W najnowszej powieści nie zmienił się znacząco, ale ciągle miałam wrażenie, że autorka za bardzo chce rozwlekać zdania, używa zbyt wielu słów, powtórzeń, tłumaczy kilka razy tę samą emocję. W poprzednich częściach było to dobrze wyważone, a w tej mam wrażenie, że trochę przedobrzyła. Jest również mniej realnie i przesłodko, niczym ciasto ze śliwkami pani Irenki. Przestroga dla samotnych: historia tej namiętnej i niczym niezmąconej miłości może zdołować.

Mocno wierzę, że kolejna powieść Anny Ficner-Ogonowskiej pozytywnie mnie zaskoczy, bo wiem, że autorka jest w stanie przygotować coś bardziej wciągającego, niż „Zgoda na szczęście”.

Hanna Kwaśna
(hanna.kwasna@kobieta20.pl)

Anna Ficner-Ogonowska, „Zgoda na szczęście”, Znak, Kraków 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat