„Miłość... z obu stron” to historia bardzo współczesna. Próżno szukać w niej rycerzy w lśniących zbrojach i dam omdlewających z wrażenia. Za to na pęczki jest tu ludzi z problemami, dewiantów, czasem nawet szaleńców.
On – młody mężczyzna, poszukujący kobiety, z którą może stworzyć normalny związek. Nie, że zaraz wielka miłość. Ot, po prostu kogoś z kim można spędzić czas, porozmawiać, pobaraszkować w łóżku. Być może nie szukałby z zaangażowaniem, gdyby nie mama, która za punkt honoru postawiła sobie wżenienie syna w wyższe sfery. Pisze bloga, na którym dzieli się czytelnikami swoimi przemyśleniami i relacjami z kolejnych randek.
Ona – leczy rany po rozstaniu z partnerem, który w jej mniemaniu był „tym jedynym”. Nic jednak z tego nie wyszło i przyszła pora, aby wziąć się w garść, poszukać nowej miłości. Czasu na to ma niedużo, prowadzi bowiem własny sklepik z czekoladą, a to pochłania nie tylko wiele czasu, ale także energii. Kibicują jej jednak znajomi, więc intensywnie rozgląda się za kimś, z kim warto zbudować związek. Swoje perypetie opisuje w pamiętniku, który ma formę listów do zmarłej mamy.
Ona i on. Młodzi, samotni, poszukujący i randkujący. Oboje są narratorami w książce Nicka Spaldinga „Miłość…z obu stron”. Na zmianę czytamy bloga Jamiego i pamiętnik Laury. Dzięki temu mamy pełny obraz sytuacji. Często bardzo komiczny.
Randkowanie nie jest sprawą prostą, ani tak beztroską, jak mogłoby się wydawać. Wymaga przygotowań niemal, jakby się wybierało na wojnę. Trzeba opracować strategię, wybadać przeciwnika… Randkowanie jest niebezpieczne. Bardzo łatwo jest bowiem, w czym wybitne zasługi ma nasz główny bohater, zrobić z siebie kompletnego błazna.
Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli zdradzę, że dwójka głównych bohaterów spotka się gdzieś tam na drodze randkowego maratonu. Nie będzie jednak cukierkowo i kolorowo, to mogę zagwarantować.
Książka Nicka Spaldinga to tak naprawdę współczesna komedia o poszukiwaniu miłości. Nie nazwałabym jej jednak komedią romantyczną. Autor nie waha się przed ukazaniem czytelnikowi prawdziwego obrazu randkowych gaf i niepowodzeń, rzadko bawiąc się w subtelności czy niedomówienia.
Do Walentynek zostało jeszcze trochę czasu, ale jeśli chcecie przygotować się do tego wydarzenia i pouczyć się nieco na błędach innych osób, to zachęcam do lektury „Miłości… z obu stron”.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Nick Spalding, „Miłość… z obu stron”, Warszawa, MUZA SA, 2013
Komentarze