Moda, styl i historia w najlepszym wydaniu

Recenzja książki „100 lat mody”.
Z czym kojarzy mi się moda? Przede wszystkim z pięknem, sztuką, a wreszcie magią, dzięki której każda kobieta może zmienić się w księżniczkę tak jak Kopciuszek.

Wiele osób utożsamia słowo „moda” z próżnością i zbytkiem, a jeszcze więcej deklaruje, że nie przywiązuje do niej wagi. Cally Blackman w swojej książce „100 lat mody” pokazuje, że nawet modowa ignorancja jest modowym wyborem, a  styl ma o wiele większe znaczenie w naszym życiu, niż skłonni bylibyśmy przypuszczać.

Znane powiedzenie głosi, „nie szata zdobi człowieka”, a jednak patrząc na czyjś ubiór, nie trudno odgadnąć status społeczny danej osoby, jej zawód, upodobania, a nawet można spekulować nad jej charakterem. Dawniej było to jeszcze łatwiejsze, bo moda była domeną możnych i bogatych – rodzin królewskich, arystokracji i zamożnych przedsiębiorców. Dziś bawić się nią może niemal każdy, czego najlepszym dowodem jest olbrzymia popularność szafiarek. Sama, jak większość kobiet, bardzo lubię piękne ubrania, buty, dodatki, a jednak dopóki nie zetknęłam się z książką Cally Blackman, nigdy nie poświęcałam im zbyt wiele refleksji ponadto, że powinny dobrze wyglądać. W galeriach handlowych nie zastanawiało mnie, jak to się stało, że z każdego sklepu kuszą nas co chwila nowe kreacje, o czym mówią ich kroje i jaką opowiadają historię.

Tymczasem zaczynając od Consuelo Vanderbilt księżnej Marlborough, a kończąc na współczesnej piosenkarce Lady Gaga autorka „100 lat mody” prowadzi czytelnika przez historię stylu ostatniego stulecia, pokazując jak i dlaczego zmieniło się to co „modne”. Od zbytkownych strojów arystokracji, przez awangardę, styl ulicy, współczesne wybiegi i oczywiście przełomowe projekty Cally Blackman, pokazuje nie tylko to, jak zmieniał się ubiór kobiet, ale jak zmieniała się ich sytuacja społeczna, ekonomiczna, a nawet polityczna. Bo czy któraś z nas zastanawiała się nad tym, jak to się stało, ze kobiety zaczęły nosić spodnie? Czy wyobrażamy sobie jeżdżenie na nartach w spódnicy? I czy szykując swoje kostiumy kąpielowe na nadchodzący urlop, zdajemy sobie sprawę z tego, że pierwsze stroje plażowe bardziej przypominały kombinezony do surfingu niż współczesne bikini?

Historia kobiecych ubiorów jest nierozerwalnie związana z historią kobiet, a XX wiek był dla naszej płci bez wątpienia czasem szczególnym. Dostęp do wykształcenia, prawa polityczne, praca zawodowa – to wszystko sprawiło, że kobiety musiały wyjść poza dotychczasowe role matek i strażniczek domowego ogniska. A do nowych ról potrzebne były nowe, wygodniejsze i praktyczniejsze stroje, tak jak choćby uniformy dla pierwszych kobiet-kierowców, pliotek, maszynistek, pielęgniarek, nauczycielek, sportowczyń itd.  Idąc dalej tym tropem, kobiety, które pracowały, także zarabiały, wiec stać je było także na to, żeby odłożyć pieniądze na sukienkę, buty, torebkę... Im więcej kobiet miało takie możliwości, tym bardziej rosło zapotrzebowanie na stroje i dodatki, a o tym jak wielką siłą nabywczą stały się panie, możemy przekonać się w każdej galerii handlowej, gdzie sklepy z modą męską stanowią zdecydowaną mniejszość asortymentu.

Ubrania zmieniały się, tak, jak zmieniały się kobiety, a dzięki temu, że po II wojnie światowej znacznie wzrosła ich pozycja w społeczeństwie, ubrania stawały się coraz swobodniejsze. Jeszcze na początku XX wieku spódnice odsłaniające łydki były uznawane za nieprzyzwoite, dziś mało kogo gorszy widok dziewczyny w mini. A wszystko to, jak wyjaśnia Cally Blackman za sprawą rewolucji młodzieżowej z przełomu lat 60’ i 70’, której uczestnicy łamali zarówno zasady obyczajowe jak i odzieżowe. W owych młodych rewolucjonistach projektanci znaleźli nie tylko źródło inspiracji, ale też doskonały rynek zbytu, który przyczynił się do rozwoju wielkich korporacji odzieżowych.

„Ale moda to przecież nie masowo szyte ubrania z sieciówek, a sztuka” – można by zaprotestować w odniesieniu do mojego wcześniejszego wywodu. I jak najbardziej zgadzam się z tym twierdzeniem, a i autorka „100 lat mody” nie odmawia w swojej książce należnego miejsca najbardziej spektakularnemu i luksusowemu haute couture.  Cristóbal Balenciaga, John Galliano, Aelxander McQueen i Vievienne Westwood dzięki umiejętnemu połączeniu estetyki i ekstrawagancji to moi ulubieni artyści w tej dziedzinie.  To jednak zaledwie kilka przykładów z książki Cally Blackman, która przedstawia czytelnikom najbardziej cenionych mistrzów i mistrzynie w podkreślaniu kobiecości za pomocą igły.

Książka Cally Blackman liczy sobie niemal 400 stron, wypełniona jest mnóstwem ilustracji i solidną dawką wręcz encyklopedycznych, modowych informacji, a jednak po jej zamknięciu z zaskoczeniem stwierdziłam, że wciąż mało mi… mody! I to wrażenie jest najlepszą rekomendacją dla „100 lat mody”, bo to nie tylko pięknie wydany album, ale też doskonałe źródło inspiracji. Każda wielbicielka stylu, dobrego gustu, ale też niekonwencjonalnych trendów powinna ją mieć na swojej półce – polecam, nie tylko fashionistkom.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Cally Blackman, „100 lat mody”, Wydawnictwo Arkady 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat