Nie będę wcale ukrywać faktu, iż ta książka skradła moje serce już w pierwszym momencie, gdy tylko się o niej dowiedziałam. Tylko rzucając okiem na jej okładkę i wczytując się w chwytliwy tytuł publikacji byłam pewna, że muszę mieć ją na swojej półce. Spytacie pewnie, dlaczego. Otóż Rosję traktuję jak swoją drugą ojczyznę i wszystko, co z nią związane, niemal natychmiast wywołuje u mnie szybsze bicie serca. Mając już książkę w swoich rękach nie mogłam wyjść z podziwu nad jej zewnętrzną szatą graficzną. Liczne symbole, jednoznacznie kojarzące się z wielką wschodnią potęgą, ukryte zostały w pięknym sercu – wszystko ujarzmione prostymi kreskami i podkreślone kilkoma zaledwie barwami. A wnętrze? Układ stron, brak zachowanej chronologii – to wszystko mnie urzekało i wprawiało w niemały zachwyt. Jednak co najbardziej przykuło moją uwagę, to z pewnością urocze matrioszki ukryte sprytnie na ostatnich stronach publikacji. Takiego nagromadzenia uroku i czaru w jednej książce naprawdę się nie spodziewałam.
Publikacja opowiada o historii głównej bohaterki – absolwentki SGGW na Wydziale Technologii Żywności. Jako jedna z uczelnianych prymusek, znająca język francuski, została namówiona do wzięcia udziału w obiecującym programie Kopernik w Paryżu. Były to roczne studia podyplomowe, mające na celu okiełznanie wkraczających na międzynarodowy rynek pracy młodych przedstawicieli państw dawnego Związku Radzieckiego. Tam główna bohaterka poznaje swojego przyszłego męża – Rosjanina, który nie tylko zmieni jej plany na życie, ale pozwoli na własnej skórze doświadczyć, że efekt chmurnej globalizacji i bratania się z innymi krajami nie obejmuje niestety małżeństwa z mężczyzną ze Wschodu.
Jak się pewnie już każdy z Was domyśla, sama treść książki idealnie dopełniła moją salwę okrzyków zachwytu, rzucanych tu i ówdzie w bliżej nieokreślonym celu. Co najbardziej mnie zafascynowało to fakt, że autorka (świadomie lub nie) niejako bawi się z czytelnikiem, najpierw wpędzając go w uczucie pewnego niepokoju rozwijającą się sytuacją, a następnie pozwalając mu na odczucie niesamowitej ulgi w momencie, gdy dowiaduje się, że jego podejrzenia na szczęście nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Język stosowany przez Annę Mandes-Tarasov również jest genialny – czyste mistrzostwo świata. Od książki dosłownie nie można oderwać się ani na chwilę. Jak już człowiek zatopi się w lekturze, nie może przestać.
Koniec zachwytu – teraz czas na konkrety. Koniecznie przeczytajcie tę książkę. Nieważne, czy kochacie Rosję tak jak ja, czy może z uporem maniaka unikacie jej jak ognia – powieść z pewnością skradnie i Wasze serca, pozostając w Waszej pamięci na długie, długie lata.
Katarzyna Kubiak
(katarzyna.kubiak@dlalejdis.pl)
Anna Mandes-Tarasov, „Moje wielkie ruskie wesele”, Wydawnictwo Edipresse 2017
Komentarze