Julia Child to nietuzinkowa postać, która latami prowadziła kulinarną edukację Amerykanów (i nie tylko) zarówno poprzez książki, jak i pierwszy tego typu program telewizyjny. Młodszym pokoleniom znana jest dzięki filmowi „Julie & Julia” i skasowanemu w styczniu tego roku serialowi HBO pt. „Julia”. Obie produkcje skupiają się na etapie, w którym Child zakończyła już naukę w słynnej francuskiej szkole i sama zamieniła się we wzór do naśladowania. Collen Cambridge dla odmiany postanowiła nieco cofnąć się w czasie i zaoferować nam fikcyjną historię z Julią, która wciąż uczy się sztuki gotowania i zmaga się z… majonezem.
Mamy rok 1949. Paryż zaczyna odżywać po wojnie, a do miasta przyjeżdża Amerykanka Tabitha Knight. Dobierająca trzydziestki kobieta mieszka z nad wyraz majętnym dziadkiem i rzekomym wujkiem/jego partnerem, od czasu do czasu udzielając lekcji francuskiego. Chcąc odwdzięczyć się za przedłużającą się gościnę, Tabitha postanawia, że będzie gotować kolacje, ale jej wysiłki przynoszą dość opłakane rezultaty. Pewnego dnia spotyka na targu Julię, która doradza jej przy zakupie warzyw i tak nawiązuje się miedzy nimi nić przyjaźni. Parę miesięcy później zostanie ona wystawiona na próbę, gdy w piwnicy kamienicy, w której mieszkają Childowie, zostają znalezione zwłoki, a przy nich nóż Julii. Ku niechęci lokalnej policji Tabitha będącą zarazem ostatnią osobą, która widziała denatkę żywą, podejmuje własne śledztwo.
Autorka tak bardzo starała się, aby Tabitha była „jakaś”, że aż przesadziła i zatraciła wszelkie pozory realności, przez co ciężko się z nią utożsamiać i tym samym wgryźć w tę historię. Dała jej rysy zarówno zakompleksionej chłopczycy ze szwajcarskim scyzorykiem w kieszeni, początkującej kucharki widowiskowo psującej potrawy, wymagającej ratunku samotniczki, zakochanej w modzie fashionistki i wreszcie nie baczącej na niebezpieczeństwa wścibskiej panny detektyw. To naiwne wszędobylstwo Tabithy z czasem coraz bardziej działało mi na nerwy, niemniej niż czytanie o obwieszonych brylantami zwierzętach domowych, czy użalaniu się nad faktem, iż Hitler kazał kraść Francuzom wino, jakby to było najgorsze, co miał na sumieniu.
Osadzenie akcji powieści kryminalnej w Paryżu z jednej strony ma sens, bo czyż mogą być bardziej podejrzani bohaterowie niż ci, którzy, pisząc dziesięć liter, czytają z nich trzy, ale te ciągłe wstawki językowe naprawdę zaburzały płynność czytania. Sama intryga jest nieco zgmatwana i wielokrotnie stopowana, bo mamy do czynienia z książką, która poza dreszczykiem emocji chce nas również raczyć rozbudowanymi wątkami obyczajowo-kulinarnymi. Nie podobał mi się jednak sposób, w jaki Coleen Cambridge tłumaczyła nam pewne rzeczy. Trochę to wyglądało jak przerywanie fabuły, aby wkleić fragment wikipedii, a przecież można było te informacje po prostu subtelnie zasugerować w dialogu.
Nie ulega wątpliwości, że Julia Child miała posłużyć za główny wabik tej opowieści. Odwołanie widać zresztą w tytule oryginału - „Mastering the Art Of French Murder” nawiązuje do wciąż niewydanego w Polsce „Mastering the Art Of French Cooking”. Pytanie tylko, co dalej? Czy nasza protagonistka Tabitha jest w stanie pociągnąć całą serię, biorąc pod uwagę, iż „Morderstwo po francusku” to pierwszy tom rozpoczynający cykl „Amerykanka i paryska zbrodnia”? Osobiście, nie jestem o tym przekonana.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
„Morderstwo po francusku”, Colleen Cambridge, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, Warszawa, 2024r.
Komentarze