Morski klimat wakacyjnej powieści

Recenzja książki "Syrena".
Wakacje to czas relaksu i zatapiania się w treści lekkich powieści, idealnych do czytania nad brzegiem morza.

Paranormalny thriller T. Rayburn, pomimo nieustannego trzymania czytelnika w napięciu oraz wywoływania przerażenia stworzeniami z głębin oceanu, na wakacyjny wypoczynek nadaje się doskonale.

Opowieść rozpoczyna się jak każda inna. Siostry Vanessa i Justine, jak co roku, także tego lata spędzają urlop wraz z rodzicami w ich domku letniskowym w miasteczku Winter Harbor. Spotykają się ze starymi znajomymi, wraz z sąsiadami jeżdżą na plażę i odbywają potajemne młodzieńcze romanse. Nikt nie przewiduje, że po niewinnej rodzinnej sprzeczce przy kolacji Justine wybiegnie z domu, a następnego dnia jej ciało woda wyprze na brzeg. Śmierć Justine jest w małym miasteczku przełomem – po niej następują kolejne, jednak już nigdy nie umiera kobieta. W cyklu kolejnych niewyjaśnionych zabójstw giną mężczyźni, zarówno przyjezdni jak i miejscowi. Vanessa, próbując dociec prawdy o śmierci siostry, poznaje rodzinę o deficycie mężczyzn – występują w niej jedynie siostry, matki i babki. Twierdzą, że mężczyźni są kobietom w życiu potrzebni jedynie do spłodzenia kolejnej córki w rodzinie.

Pomimo ogólnej niechęci do kryminałów i niekończących się zagadek, książka T. Rayburn urzekła mnie. Była przesycona kobiecością, zmysłowością, zawierała w sobie wiele pobocznych wątków o tematyce miłosnej. Pokazywała siłę miłości, przedstawiając jednocześnie obraz kobiet jako niezależnych uczuciowo, silniejszych od mężczyzn dzięki broni, jaką jest ich seksapil w każdym tego słowa znaczeniu. Mężczyźni właściwie od początku do końca występują w powieści na straconej pozycji, są słabsi i bardziej naiwni, często mniej uważni i interesujący od dziewcząt.

„Syrena” jest pierwszą książką planowanej przez autorkę romantycznej serii z wątkiem kryminalnym o niezwykłych istotach morskich. Obecność syren to jedyny element, który odbiorcy wydać może się nieprawdziwy, paranormalny i lekko przerysowany. Na szczęście syreny nie są w powieści przedstawione jako w połowie kobiety, w połowie ryby. Ukazane są jako dziewczyny wyjątkowo piękne, urzekające swym wdziękiem, czarujące i rozbrajające serca mężczyzn, dzięki użyciu syreniego śpiewu (jedyny element łączący postacie z powieści z dobrze znanymi nam dotychczas mitologicznymi syrenami). Początkowo syreny ukazują się w opowieści w sposób subtelny, nienachalny, jest ich mało i są odpowiednio dozowane. Później jednak czytelnik poznaje ich coraz więcej, co jest przytłaczające, a w pewnych momentach wręcz odpychające. Być może autorce zależało na podważeniu znaczenia rzeczywistości w miasteczku Winter Harbor – nie był to jednak element zachęcający do dalszej lektury z zapartym tchem.

Mimo wszystko powieść T. Rayburn uważam za godną polecenia. Bardzo dobrze spełni swą funkcję, gdy położymy się w hamaku i poddamy magii uczuć zawartych w „Syrenie”.

Joanna Swojak
(joanna.swojak@dlalejdis.pl)

Tricia Rayburn, „Syrena”, Wydawnictwo Dolnośląskie



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat