Syryjskie wioski, kijowski Majdan, czy kairski plac Tahrir. Co łączy te miejsca? Ludzie. Pragnący zmian, walczący o przekonania, choć nie zawsze własne, zazwyczaj biedni. Pełni nienawiści, poczucia skrzywdzenia, lub po prostu zaślepieni ideałami, które stają się dla nich ważniejsze od bliźniego. I nie potrafiący przestać, pomimo straty wszystkiego co dla nich ważne.
Grzegorz Szymanik jeździ do nich, by zrozumieć. Chce ich poznać, by móc opowiedzieć o nich nam, ludziom cieszącym się pokojem we własnym kraju. I co najważniejsze, nie jest jednostronnym obserwatorem. Zawsze sprawdza, kim są ludzie po drugiej stronie barykady. Bo nigdy nic nie jest czarno-białe. Wiele odcieni szarości utrudnia odnalezienie prawdy, ale i ułatwia stwierdzenie, że jesteśmy jej jedynymi nosicielami. A jaka jest prawda?
Dobry reporter przeniesie nas w nieznane nam miejsca tak, że poczujemy się jakbyśmy tam byli osobiście. Dzięki Szymanikowi czujemy zapach dymu charakterystyczny dla palących się koksowników na Majdanie. Widzimy na Białorusi kolorowe plakaty „Witamy w kraju, w którym zawsze świeci słońce”. Słyszymy z ust jednego z policjantów: „Trafiłeś w oko. Kapitalnie, przyjacielu”, w czasie zamieszek w Kairze. Tego dnia „łowcy oczu”, celując w źrenice, pozbawiają ich kilku protestantów. I tak każdego dnia. A potem powstają graffiti, takie jak na placu Tahrir. Kolorowe twarze, pastelowe, rozdeptane butami. Z dziurami w czołach albo urwaną żuchwą. Męczennicy sprawy. Choć daleko od nas, a jednak blisko.
Dobry reporter znajdzie też ciekawych bohaterów, nierozerwalnie związanych z miejscem zdarzeń. Takich, których głos będzie niezwykle cenny, bo będzie miał wymiar najbardziej wstrząsający-ludzki. Nie głos polityków, uwikłanych w przedziwne i skomplikowane interesy, grzecznych politycznie. Tylko mieszkańców państw, na co dzień żyjących z Łukaszenką, Mubarakiem, czy Janukowyczem. Wrogów i fanów. I gdy Antoni – Białorusin, powie: „Demokracja to dno, bo w demokracji nikt nie jest odpowiedzialny za nic. Kraj jest w ruinie i kto winien? A w autorytaryzmie wszyscy winni są rozliczani. Nawet przez rozstrzelanie. A on nie widzi w rozstrzelaniu nic złego”, to mu uwierzymy, że ma podstawy, by tak twierdzić. Nie możemy też nie uwierzyć Wołodymyrowi, który opowiada, jak młode dziewczyny wydłubują bruk, a babcie ładują go w ukraińskie flagi i biegną na czoło walk, bo tak trzeba. Każdy z tych bohaterów ma swoją własną ideologię, swojego własnego bożka. Każda z tych historii jest godna opowiedzenia. To tak, jak gdyby ktoś nas pytał w latach 80-tych, dlaczego tworzy się Solidarność i o co walczymy? My też mieliśmy potrzebę życia w innym systemie.
„Motory rewolucji” to książka o takich właśnie potrzebach, niekiedy skrajnie różnych. Determinujących nasze życie, nasze działanie. I najsmutniejsze jest to, że nie widać końca tych zmagań. Grzegorz Szymanik nie mydli nam oczu, że możliwe jest zakończenie pod tytułem „I żyli długo i szczęśliwie”. Nie daje nam żadnej nadziei na to, że konflikty ucichną. Że znajdzie się rozwiązanie, które zadowoli wszystkich. Tak jak nie ma happy endu po rozpadzie ZSRR, a Kola, były marynarz powie: „(Mówili): Teraz będzie nowe. Będzie niepodległy kraj, sami sobie wybierzecie prezydenta. Ale wiecie co? Ci prezydenci chyba nie mieli do nas zaufania, koniec końców sami się wybrali i rządzą do dziś. Niektórzy mówią, że to ten sam zegar. Przemalowany, ale stoi tak, jak stał. Tyle, że już się go nie nakręca, ale potrząsa mocno, nasłuchując, jak wszystko trajkocze i obija się o ściany.”
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Grzegorz Szymanik, „Motory rewolucji”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015
Komentarze