Mroczna akcja w mrocznej Anglii

Recenzja książki „Janusowy kamień”.
Napięcie bije niemal z każdej literki książki, a akcja, która biegnie szybko jak Struś Pędziwiatr, sprawia, że zapominamy o całym świecie.

Odpłynęłam. Na kilka godzin zniknęłam z powierzchni Ziemi i gdyby nie fakt, że nie mam już dni urlopowych, zrezygnowałabym z pójścia do pracy, żeby móc czytać tę książkę.

Ruth Galloway to pani archeolog, która pomaga policji rozwikłać zagadkę. W Norwich budowlańcy znajdują ludzkie kości. Okazuje się, że to bezgłowy szkielet dziecka, a i miejsce jego odnalezienia jest dość specyficzne. Istniał tu bowiem niegdyś kościół, w którym leczono chorych na trąd, a następnie sierociniec, w którym przed laty zaginęła dwójka dzieci. Ich opiekun, ksiądz, nabiera pary w usta i nijak nie chce pomóc policji. Kiedy Ryth i komisarz Harry Nelson rozpoczynają śledztwo, ktoś zaczyna się z nią bawić w kotka i myszkę, wymalowując na miejscu zbrodni krwią jej imię.

Intryga kryminalna jest niezwykle ciekawa i misternie zbudowana. Napięcie bije niemal z każdej literki książki, a akcja, która biegnie szybko jak Struś Pędziwiatr, sprawia, że zapominamy o całym świecie. Do tego wystarczy dodać celtyckie wierzenia, rzymskie mity, mroźny klimat wschodniej Anglii i wychodzi prawie idealny kryminał.

Ruth pokochałam od samego początku. Pewnie dlatego, że tak dalece odbiega od zdecydowanej większości kobiet znanych powieści kryminalnych – tych silnych, niezwykle zdeterminowanych i niezachwianych. Ruth to prawie czterdziestoletnia, dość otyła i zakompleksiona panna, właścicielka kotów i kochanka Nelsona. Jest ona chyba największym atutem książki. To taka osoba, z którą chcemy pójść na kawę, piwo czy ciacho. W dodatku ma niezwykły dystans do siebie i swojej pracy, a jej poczucie humoru („archeolog jest jak pies, też lubi kości”) sprawia, że lubimy ją jeszcze bardziej. Nawet jej problemy osobiste – złożone relacje z rodzicami i ciąża z żonatym mężczyzną – ukazują ją w dobrym świetle. Uwielbiam Ruth za jej zdrowe podejście do życia i ciąży. Ona nie ma błysku w oku, nie opowiada o macierzyństwie jak o cudzie, tylko dzieli się z czytelnikiem swoimi dylematami, obawami, strachem  i sceptycyzmem. Jest normalną kobietą i nie waha się o tym mówić.

Całość dopełniają antropologiczne ciekawostki i dość fajne tło społeczno-religijne. To wszystko sprawia, że powieść naprawdę jest przyjemna i warta przeczytania.

Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)

Elly Griffiths, „Janusowy kamień”, Wydawnictwo Literackie 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat