Odnoszę wrażenie, że autor chciał nadać całości epickiego charakteru, ale wyraźnie nie udało mu się w pełni zrealizować tego zamysłu. W efekcie otrzymujemy danie, w którym zabrakło definiującej przyprawy – nie jest przez to mniej smaczne, ale nie jest też wyjątkowe.
Historia, która w „Pieśniarzu wiatru” zaczyna się od buntu Kestrel przeciwko absurdalnym egzaminom, z biegiem stron przybiera zupełnie nieoczekiwany obrót. Kiedy Amartanth wreszcie zostaje uwolnione od wpływu złowieszczej Morah, napada je okrutna Hegemonia i Manthanie stają się niewolnikami. Żeby uwolnić swój lud Kestrel i Bowman doprowadzają do upadku okrutnego państwa i wyruszają przez pustynię, góry a wreszcie śnieg do swojej nowej ojczyzny. I ta właśnie wędrówka, która następuje po niewoli, jest głównym wątkiem trzeciego tomu czyli „Pieśni ognia.” Być może nie przyczepiłabym się do niej, gdyby nie to, że gdzieś już słyszałam tą historię, w której brakuje tylko rozstępującego się morza...
„Pieśń Ognia” to przede wszystkim czas odpowiedzi na pytania, które narosły w poprzednich tomach. Co stanie się z bliźniętami? Czy rzeczywiście się rozdzielą? Czy Bowman dołączy do pieśniarzy? Czy Kestrel wreszcie odwzajemni uczucie Mumpa? Co będzie z Sisi i Pinto? Jedno, czego nie można zarzucić „Pieśni Ognia”, to to, że wiele z tych odpowiedzi będzie naprawdę zaskakujące, a sama droga, pełna niebezpiecznych niespodzianek i tarapatów, z których niełatwo będzie się Manthanom wykaraskać.
I choć jest tu przygoda, niebezpieczeństwa i magia, to z cyklem Nicholsona mam jeszcze innego rodzaju problem. Otóż, dla dzieci te książki mogą być zbyt brutalne, a z kolei dla nastolatków już zbyt infantylne. Przeciętny 9-latek na pewno jest świadomy tego, czym jest śmierć i zapewne zdążył się już zorientować, że świat jest pełen okrucieństw, ale czy dałabym mu książkę, w której ludzi pali się żywcem w ramach zbiorowej kary? Nie wiem. Sama jestem zwolenniczką starych dobrych baśni braci Grimm, gdzie zła Baba Jaga trafia do pieca, a spotkanie z Czerwonym Kapturkiem kończy się dla wilka rozpruciem brzucha, ale w cyklu Nicholsona, śmierć nawet jak dla mnie przychodzi zbyt łatwo, zwłaszcza w drugim tomie „Niewolni.” Z drugiej strony jest to opowieść o dorastaniu, odwadze i trudnych wyborach i być może nie ma co oszukiwać dzieci, że w życiu jest lekko? Naprawdę nie jestem w stanie odpowiedzieć ani sobie ani komukolwiek na to pytanie.
Wszystkim rodzicom, którzy chcieliby podarować cykl Nicholsona doradzę tylko, żeby nie sugerowali się porównaniem z Harrym Potterem na okładce. Jest ono dla mnie zbyt daleko idące, a cały cykl prędzej przywodzi na myśl mroczne książki Neila Gaimana. Nie oznacza to, że książkę odradzam. Na pewno nie dorosłym czytelnikom, którym także sprawi przyjemność. Radzę się tylko zastanowić.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
William Nicholson, „Pieśń Ognia”, Fabryka Słów, Lublin 2011
Komentarze