Mroczny spisek kościoła

Recenzja książki "Sanctus".
Zły kościół, który rządzi światem, mroczny spisek i tajne bractwo strzegących sekretu mnichów. Brzmi znajomo?

Jasne, bo to wszystko przecież już było poczynając od „Imienia róży”, a kończąc na „Kodzie da Vinci”. A jednak mimo to „Sanctusa” i tak czyta się świetnie. I zapewniam, jest to jedna z tych książek, których lepiej nie zaczynać, nie mając zapasu czasu – po prostu nie sposób jej odłożyć, kiedy już się zacznie.

Cała historia toczy się w fikcyjnym mieście - Ruinie, gdzie w zbocze góry wieki temu wbudowano klasztor, w którym ukryto najbardziej strzeżony sakrament chrześcijaństwa. Mnich, który poznał ową największą tajemnicę, a nie był gotowy na jej przyjęcie, zostaje skazany na śmierć. Udaje mu się jednak uciec przed wyrokiem, wspina się po pionowej ścianie klasztoru i wita dzień ze szczytu skały w pozycji krzyża. Po tym wszystkim wcale nie czeka na ratunek, tylko rzuca się ze skały. Oczywiście nie bezcelowo, bo w swoim spektakularnym samobójstwie zawarł liczne wskazówki co do tego, jak rozszyfrować tajemnicę sakramentu przetrzymywanego w klasztorze. Rozwiązać ją może oczywiście tylko jedna osoba - jego siostra, jakżeby inaczej amerykańska dziennikarka.

„Sanctus” to książka napisana dokładnie według przepisu na bestseller. Stąd mamy dziennikarkę, która zostaje wplątana w intrygę, przystojnego mężczyznę, który jej pomaga, dobrego glinę i złego opata. Zdawać by się mogło kalki wyświechtane na wszystkie sposoby, a jednak i tak ich losy są ekscytujące. Nie wiem, jak autor to zrobił, że grając tak dobrze znaną konwencją, nie nudzi, ale chwała mu za to. Jak w każdym porządnym kryminale, akcja przyspiesza, spowalnia i pod koniec nabiera szalonego tempa. Jestem pewna, że wystarczy odrobinę poczekać, a na pewno zobaczymy „Sanctusa” na kinowym ekranie.

„Sanctusa” dobrze się czyta, dzięki temu, że rozdziały są króciutkie, a w każdym kolejnym poznajemy fragment historii z innej perspektywy. Bohaterów jest właściwie kilku. Główna bohaterka Liv, Kathryn i jej przystojny syn Gabriel ostatni z ludu Mala, detektyw Arkadian, zły opat, kilku bandziorów i mnichów, a każdy opowiada tą historię ze swojej perspektywy. Ten zabieg sprawdza się naprawdę nieźle i tym bardziej zachęca do czytania, bo przecież ciągle chcemy wrócić do naszych głównych bohaterów....

Polecam w stu procentach, a jak głosi zapowiedź wydawcy, książkę przewidziano na trzy tomy. Miejmy nadzieję, że kolejne będzie się czytać równie dobrze.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Simon Toyne, „Sanctus”, Prószyński i S-ka 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat