Wojciech Mann wydawałoby się zrobił coś równie wyjątkowego, jeszcze się okaże czy na tak wielką skalę jak koncerty przez niego opisywane. Napisał książkę o swoim życiu, którą nie wypada nazywać autobiografią – „RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą.” Możliwe?
Nie dowiesz się nic o jego żonie, synu, ulubionej piżamie i kolorze. Chyba, że będzie chodziło o Radio Kolor. Bowiem jest to książka o tym, co się kojarzy z nazwiskiem autora, czyli muzyką pojętą w szerokim tego słowa znaczeniu. Mann ze znanym sobie dowcipem, dystansem do siebie i tamtych czasów zaczyna historię o „pasożytniczym życiu muzyką”. Pasożytniczym, bowiem sam jej nie tworzył. Ale czy na pewno? Nie był i nie jest przecież jej biernym obserwatorem.
Pierwsze kontakty z muzyką mały Wojtek zarejestrował już w latach pięćdziesiątych, dzięki odbiornikowi radiowemu AGA. Nie uwierzył w opowieści sąsiadki, że w tym pudełku siedzą małe ludziki. Uwierzył za to w magię, którą jeszcze nie do końca potrafił pojąć, ale od początku poczuł. Machina ruszyła. Na śpiewie, grze na saksofonie i na gitarze nie wychodził zbyt dobrze, co najwyżej z klarnetem i to tylko na zdjęciach. Za to potrafił przywrócić do życia zniszczone winyle i świetnie orientował się w muzyce radia Luxembourg oraz nowopowstałej Trójki. Prawdziwy przełom w muzycznym szaleństwie, to czas spędzony wokół klubu muzycznego, który w liceum założyli wspólnie z Andrzejem Olechowskim (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa). Współpraca z Polską Agencją Artystyczną „Pagart”, która była wówczas monopolistą na polskim rynku, zaowocowała wieloma przygodami. Będąc przeciwieństwem dziewczyńskich groupies zwabiali gwiazdorów na prywatki. Operację „let’s have a party” organizowali parokrotnie z zespołami takiego formatu jak The Animals, The Artwoods (z klawiszowcem – Jonem Lordem, który wkrótce stworzył Deep Purple) czy też Gerry and the Pacemakers.
Wojciech Mann, oprócz paru przygód w telewizji, jest przede wszystkim ikoną radiowej Trójki, a jego głosu nie sposób nie rozpoznać. Napisał książkę, która jest odtrutką na szarość i nijakość czasów, w których przyszło mu spędzać młodość. Dzięki muzyce, która jak mówił w jednym z wywiadów „jest dobrym sposobem na oszukanie czasu”, uciekał przed idiotyzmem PRL-u. Ze znanym już dowcipem opowiada o swoim incydencie poetyckim, cenzurze oraz podsłuchiwaniu artystów przez żelazną kurtynę. Jego anegdotki śmieszą do łez (choćby ta o śpiewaniu na scenie ze Stevie’m Wonderem I Just Called To Say I Love You), tak jak fenomenalnie dobrane zdjęcia, w większości z prywatnego archiwum autora. Umieszcza także swoje subiektywne listy ułożone według dość oryginalnych kryteriów (na przykład najbardziej dołujące kawałki, top okropności oraz moje ulubione – najbardziej zdumiewające teksty piosenek). Oprócz tego formułuje zespół swoich marzeń, sytuując się w roli… A właśnie, żeby wiedzieć, książkę trzeba przeczytać!
Na benefisie poświęconym autorowi, na którym wreszcie otrzymał tytułowy saksofon, Piotr Bukartyk zadedykował mu trafny utwór swojego autorstwa: „Proszę pana, proszę Pana, czy Pan zna Wojciecha Manna? Wszyscy przy nim kurdupelki, jestem pewien, Mann jest wielki”. Przeczytanie tej książki utwierdziło mnie w tym.
Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)
Wojciech Mann, „RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą”, Znak, Kraków 2010
Komentarze