Gdyby kilka osób usiadło w tym samym miejscu i miało namalować dokładnie ten sam widok, prawdopodobnie powstałoby kilka zupełnie różnych pejzaży. Nie dlatego, że jedna osoba jest bardziej utalentowana od drugiej. Po prostu każdy z nas patrzy inaczej. A właściwie nawet nasze oczy nie widzą identycznie. Jak zauważa Paul Cézanne, mamy przecież dwoje oczu, a każde z nich rejestruje nieco inne informacje, które dopiero później nasz mózg łączy w jeden obraz. I właśnie od tego prostego spostrzeżenia można rozpocząć przygodę z książką Willa Gompertza „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka”.
Will Gompertz, brytyjski krytyk sztuki, zabiera czytelnika w podróż przez 150 lat sztuki nowoczesnej. I choć temat na pierwszy rzut oka może wydawać się trudny, autor stara się opowiadać o nim z humorem i dystansem. Przyznaje na przykład, że czteroletnie dziecko ma większy talent do rysowania niż on. I właśnie takie momenty sprawiają, że sztuka przestaje być czymś niedostępnym, zarezerwowanym wyłącznie dla znawców.
Bo czy sztukę naprawdę tak łatwo zrozumieć? Czasami patrzymy na obraz i pierwsza myśl brzmi: „Przecież coś takiego mogłoby namalować dziecko. Dlaczego więc ktoś uważa to za arcydzieło?”. Gompertz nie próbuje jednak zmuszać czytelnika do oceniania, co jest dobre, a co złe. Zamiast tego proponuje coś znacznie ciekawszego – przyjrzenie się temu, jak sztuka ewoluowała i dlaczego zaczęła wyglądać właśnie tak.
Historia rozpoczyna się od jednego z najbardziej przewrotnych gestów w dziejach sztuki. Marcel Duchamp wziął zwyczajny pisuar, nadał mu tytuł „Fontanna” i wystawił jako dzieło sztuki. Nagle pojawiło się pytanie, które do dziś potrafi wywołać dyskusję: czy każdy przedmiot może być dziełem sztuki? Duchamp zakwestionował wcześniejsze zasady i pokazał, że sztuką może być przede wszystkim pomysł, a nie sam przedmiot. Artysta nie musi już koniecznie być kimś, kto perfekcyjnie potrafi malować. Może być również filozofem, który stawia pytania.
Autor bardzo dobrze pokazuje również klimat epoki. Artystyczny świat to nie tylko obrazy wiszące w muzeach. To także kawiarnie, spotkania artystów, rozmowy, spory, niepewność i próby znalezienia własnego miejsca. Niektórzy twórcy organizowali wystawy, kiedy Akademia odrzucała ich prace. Dzisiaj znamy ich nazwiska i podziwiamy ich dzieła, ale wtedy często nie było wiadomo, co właściwie przyniesie im przyszłość.
W książce po kolei pojawiają się kolejne kierunki – postimpresjonizm, ekspresjonizm, prymitywizm, kubizm, futuryzm czy sztuka abstrakcyjna. Szczególnie interesujące jest obserwowanie momentu, w którym artyści zaczęli odchodzić od trójwymiarowości i iluzji rzeczywistego świata na rzecz płaskiego, dwuwymiarowego płótna. Nagle obraz nie musiał już udawać okna, przez które zaglądamy do rzeczywistości.
Gompertz zwraca również uwagę na charakterystyczne elementy twórczości poszczególnych artystów. Kolory, sposób prowadzenia pędzla, kompozycję czy pozornie nieistotne szczegóły. Czasami z dalszej perspektywy obraz może sprawiać wrażenie bardziej trójwymiarowego, innym razem charakterystyczna paleta barw niemal od razu pozwala rozpoznać autora. Każdy artysta ma własną wizję świata i właśnie ta różnorodność jest jednym z najciekawszych aspektów malarstwa.
Bo w obrazie właściwie nic nie musi być przypadkowe. Położenie jabłka, fałda materiału, wybór konkretnego koloru czy odległość między przedstawionymi przedmiotami mogą być wynikiem wielu decyzji. To, co oglądamy przez kilka sekund, mogło być poprzedzone godzinami, dniami, a czasem miesiącami przygotowań.
Dużą zaletą książki jest bardzo dokładne przedstawienie losów artystów oraz ich najbardziej przełomowych dzieł. Dzięki temu nie poznajemy wyłącznie samych obrazów, ale również ludzi, którzy za nimi stali – ich decyzje, eksperymenty, porażki i próby przełamywania obowiązujących zasad. Momentami jednak tej szczegółowości jest trochę zbyt wiele. Duża liczba dat, nazwisk, wydarzeń i informacji historycznych może przytłoczyć, szczególnie jeśli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę ze sztuką.
Mam też wrażenie, że książka momentami mogłaby pokazać więcej samych dzieł. Przy tak dużej liczbie opisów chciałoby się czasem po prostu zatrzymać, spojrzeć na obraz i samemu spróbować dostrzec to, o czym właśnie przeczytaliśmy. A może właśnie o to chodzi? Może nie powinniśmy od razu pytać, czy obraz jest piękny, brzydki, wartościowy albo „czy ja też potrafiłabym coś takiego namalować”. Może warto najpierw spróbować zrozumieć, dlaczego artysta stworzył go właśnie w taki sposób.
Czy porywa nas sztuka abstrakcyjna, w której nic nie przypomina przedmiotów znanych z codzienności? I dlaczego właściwie miałoby przypominać? Czy obraz musi przedstawiać coś konkretnego, żeby coś nam przekazać? A może właśnie brak oczywistego znaczenia zmusza nas do własnej interpretacji?
Bo na co tak właściwie patrzymy? A może wciąż nie widzimy dobrze?
Agata Hopciaś
Will Gompertz, „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań, 2026.
Komentarze