Przekonuje się o tym paczka pochodzących z rozmaitych środowisk i warstw społecznych kumpli: Jack, Dave, Maurie, Jeff i Luke, gdy w połowie lat 60. postanawia uciec od przeciętności Glasgow do owianej mitycznym kultem stolicy, w której rodzą się muzyczne legendy. Skoro są tam Rolling Stones i The Beatles, to z pewnością nie zabraknie miejsca dla świeżej krwi The Shuffle. Nastoletni zapał ostro ściera się z brutalną rzeczywistością już w drodze do Londynu, jednak jasno wyznaczony cel jest wystarczająco silnym bodźcem do optymistycznego pokonywania napiętrzających się przeciwności losu. Na miejscu wcale nie jest lepiej. Zamiast wykorzystania szansy, kończy się na byciu wykorzystywanym przez innych. Ostatecznie, tragiczne wydarzenia doprowadzają do rozpadu zespołu i każdy z chłopaków idzie w swoją stronę.
Najgorzej ból porażki przeżywa główny bohater Jack - „Skąd mogłem wiedzieć, że klęska ambicji jest jak długie umieranie i że rozczarowanie własnym życiem nigdy nie przemija?”. Pięćdziesiąt lat później mężczyzna wciąż nie jest w stanie pogodzić się z tym, że młodzieńcze pasje i miłości nie trwały wiecznie, a zamiast zawojować świat, potulnie siedział w okienku banku jak każdy, zwykły, mijany na ulicy człowiek. Stojący na łożu śmierci przyjaciel i niedające spokoju demony przeszłości sprawiają, że w naznaczonej siwizną i zmarszczkami głowie kiełkuje pomysł powtórzenia ucieczki sprzed lat. Podróż ścieżką wspomnień staje się okazją nie tylko do sentymentalnego odnowienia kontaktów, ale również zerwania plastrów z wciąż niezabliźnionych ran.
Celne obserwacje społeczne, subtelny humor i dwutorowość akcji są największą zaletą książki Petera Maya. Z jednej strony mamy przepełnioną wiarą w siebie i swą przyszłość młodość, z drugiej starość pełną rozgoryczenia i niemożności uporania się z tym, co było, ale nie minęło. O tym, co wydarzyło się pomiędzy 1965 i 2015 rokiem, wiemy niewiele, bo przecież, jak stwierdza Luke, „Nieważne, co potem zrobiliśmy albo czego nie zrobiliśmy. To były nasze dni. Nie sądzę, bym kiedykolwiek czuł się tak żywy jak wtedy”. Dorosłość zdaje się być etapem, który mija niespostrzeżenie, ponieważ w dużej mierze polega na zajmowaniu się bieżącymi sprawami i mozolnym dreptaniem nudną i długą trasą między dwoma znacznie bardziej emocjonalnymi punktami granicznymi. Niechęć do wkroczenia w nią i uparte trwanie w stanie zawieszenia przez Ricky’ego, wnuka Jacka, niektórych może zirytować, inni odnajdą w nim część siebie.
„Na gigancie” mogę polecić każdemu, zarówno tym, którzy znajdują się w swoim życiu na starcie bądź mecie, jak i gdzieś pomiędzy. Powieść bardzo dobrze równoważy ze sobą przygodowość i energię pierwszego wyrwania się z domu z nostalgicznymi przemyśleniami. Wątek kryminalny pojawia się wyłącznie w rodzaju ozdobnika i choć zwykle ten element jest dla mnie najbardziej interesujący, to w tym przypadku w zasadzie mogłoby go nie być, a opowieść nie straciłaby nic ze swego ponadczasowego uroku.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Peter May, „Na gigancie”, Warszawa, Wydawnictwo Albatros, 2017 r.
Komentarze