„Na granicy snu” to historia miłej i lubianej nastolatki Renaty, która wiedzie życie niemal idealne. Właśnie zbliżają się wakacje, dziewczyna kończy 18 lat, ma najlepszą przyjaciółkę, fajnego brata i kochających rodziców. Wszystko byłoby świetnie gdyby nie to, że dziewczynie śnią się koszmary, na co dzień potrafi co prawda szybko przed nimi uciec za pomocą szklanki zimnej wody, ale gorzej dzieje się, kiedy po wypadku zapada w śpiączkę i przenosi się do świata ze snów na dobre.
W tym nieszczęściu tak się dobrze złożyło, że przed wypadkiem właśnie planowała z bratem wycieczkę do Indii, a kraina Koh-i-noor nie tylko nosi nazwę indyjskiego diamentu, ale też mocno nawiązuje do mitologii tego kraju. To zdecydowanie najlepsza zachęta do tego, żeby poczytać o danym miejscu. zanim się je odwiedzi (kto wie. czy te informacje nie uratują nam życia w dziwnej krainie), ale pretekst do napisania książki kiepski.
W mojej surowej opinii miejsce akcji ma dwie zasadnicze wady, bo po pierwsze wygląda to tak, jakby autorka nie miała pomysłu na stworzenie własnego oryginalnego świata na granicy snu, a po drugie, skoro już czerpała z jakiejkolwiek mitologii mogła się lepiej przyłożyć tak, jak np. zrobił to Jakub Ćwiek, wykorzystując boga wikingów Lokiego w cyklu „Kłamca”
Cała historia jeszcze miała jakiś fabularny polot, dopóki nie okazało się, że Rena może przenosić się w dowolne miejsce, jeśli tylko pamięta jego zapach. Umiejętność sama w sobie całkiem fajna, szkoda tylko, że żeby rozwiązać zagadkę klątwy rodziny Kalma i Bellis, udaje się do biblioteki, gdzie jak gdyby nigdy nic włącza sobie komputer i wyszukuje informacje w Internecie. Powiało baśniowością aż miło...Sama bohaterka też nie razi inteligencją, bo żeby dowiedzieć się, czym jest największy dar, sięga po cytat Paulo Coelho... Naprawdę autorka mogłaby się bardziej wysilić!
Książka przypomina momentami film przygodowy dla młodzieży, ale w złym sensie, bo mimo wszelkich niebezpieczeństw, od pierwszej strony wiemy, że bohaterce wszystko się uda, a cała historia dobrze się skończy. Zwroty akcji mogłyby być chociaż odrobinę nieprzewidywalne, a tu niestety żaden kryzys nie wypada tak dobrze, żeby targnęły mną jakiekolwiek emocje, a tym bardziej spodziewany happy end.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Anna M. Gorgolewska, „Na granicy snu”, Papierowy motyl 2011
Komentarze