Debiutancka powieść Adama Zaremby-Śmietańskiego, kryjącego się pod pseudonimem Adam Abler, nie jest zła, ale... Właśnie. Zawsze jest jakieś „ale”. W tym przypadku „ale” pojawi się w liczbie mnogiej.
Gdyby rozłożyć książkę na czynniki pierwsze, to można by uznać, że wszystko jest z nią w porządku, każdy z wątków jest naprawdę interesujący. Czy multimilioner poradzi sobie z problemami finansowymi swojej firmy, jak rozwinie się relacja między głównymi bohaterami – Jeremym i Monique - oraz jakie są techniki stosowane przez uzdrowicieli i w jaki sposób można nauczyć się jasnowidzenia – każdym z tych tematów można zainteresować czytelnika. Problem w tym, że nie tworzą jednej spójnej całości. Niby są uwite w jedną układankę, ale te puzzle są źle ułożone, najtrafniejsze wydaje mi się w tym przypadku określenie – wciśnięte na siłę lub w niewłaściwe miejsca. Coś ewidentnie między nimi zgrzyta.
Czytając, miałam wrażenie, że autor chciał za dużo pokazać za jednym zamachem i to nie tylko w wiodącej treści, konsekwentnie zastosował zasadę bogactwa również dla wątków pobocznych. Niektóre z nich uważam za zbędne, a jedyne, co dzięki nim „zyskałam” to rozproszenie myśli. Kolejne niedociągnięcie, to odgrzewanie kotleta – wątki, które, wydawać by sie mogło, zostały zakończone, bez powodu wskrzeszano. Ten bumerang prowadził do całkowitej dezorientacji, a tym samym zatracenia sensu powieści. Co więcej, sam autor chyba też pogubił się w nadmiarze wątków, bo niektórych zapomniał zakończyć. To tylko potęguje wrażenie chaotyczności treści.
„Na granicy światów” ma również plusy. W końcu, jak na początku wspomniałam – książka nie jest zła. Autor – jeden z czołowych, polskich przedsiębiorców działających na rynku nieruchomości – fenomenalnie oprowadza czytelnika po swoich włościach. Widać, że wie o czym pisze, snując historię multimilionera Jeremy’ego. Kiedy tylko poruszany jest wątek biznesowy, od razu wyczuwa się między słowami większą pewność siebie, co przekłada się na zainteresowanie czytelnika. Mile zaskoczona zostałam również przy okazji wątku uczuciowego, do którego autor podszedł po kobiecemu. Uwagę przykuwa subtelność i brak męskiej szorstkości zbudowanej relacji. Ostatni z głównych tematów – umiejętność uzdrawiania i jasnowidzenia również prezentuje się ciekawie, ale czuję lekki niedosyt, że nie pojawił się jakiś smaczek, „efekt wow”, na który czekałam z niecierpliwością.
Czy polecam tę książkę? Myślę, że jeśli ktoś chce poczuć adrenalinę związaną z prowadzeniem wielomilionowego biznesu, może machnąć ręką na wspomniane przeze mnie niedociągnięcia i zawierzyć profesjonalizmowi autora.
Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)
Adam Abler, „Na granicy światów”, Gdańsk, Oficynka, 2014
Komentarze