„Na marginesie życia" - recenzja

Recenzja książki „Na marginesie życia".
„Umierać na rozkaz nie miałem chęci."

Tak swoją opowieść rozpoczyna barwna postać warszawskiego świata lat powojennych Stanisław Grzesiuk, który nabawił się gruźlicy w czasie pobytu w obozie. Pierwsze podejrzenia, które mogły go zaprowadzić na pewną śmierć w obozie, zostały potwierdzone dopiero 3 lata później. Odtąd życie Grzesiuka już nie będzie takie, jak dotychczas.

Gdy czytałam tę książkę, odezwały się u mnie chyba wszystkie przeziębienia, grypy, zapalenia oskrzeli czy płuc - słowem wszystkie choroby, które miały choćby minimalny związek z płucami. Bo i Grzesiuk pisze o swojej chorobie bardzo sugestywnie i dosadnie. Jego dosłowność zaskakuje, ale także pokazuje jak trudno zmierzyć się choremu na gruźlicę z opinią społeczeństwa. Ostatni tom jego wspomnień, o nietypowej jak na niego tematyce, skupia się na kolejnych pobytach w sanatoriach i na kolejnych procedurach, które mają wydłużyć jego życie i zmniejszyć dolegliwości, związane z gruźlicą. Sam autor, dokonujący kolejnych poprawek w tekście, nie doczekał pierwszego wydania swojej książki. Z kolei  wydanie obecne jest z kolei pierwszym, nieocenzurowanym, w którym pojawiły się pierwotne zapiski autora. To w nich pokazane jest społeczeństwo, które musi się jakoś zmierzyć z gruźlikiem, to z nich można wyczytać niewygodne dla poprzedniej władzy fakty.

Padają tu straszne słowa: odma, plwocina, ropa, plastyka żeber. Dnie gruźlika w sanatorium wypełnia łykanie końskich dawek rozmaitych antybiotyków, które mają powstrzymać np. prątkowanie, odpoczynek na werandzie oraz spożywanie wysokokalorycznych posiłków. Nieco nudne życie według schematu sprawia, że kuracjusze sami sobie organizują życie po swojemu, choć w obrębie obowiązujących przepisów i regulaminu. Są wspólne śpiewy, zakazane gry w karty (bo stres towarzyszący grze hazardowej niekorzystnie wpływa na kondycję płuc), są też bardziej wyskokowe napoje, głównie całkowicie zabroniona wódka. Oprócz tego są romanse i zaloty, które czasem kończą się ślubem. Są także nie zawsze dozwolone wyjścia do miasta, połączone najczęściej z alkoholowymi libacjami. Ot, życie.

Z tą wódką, która obok muzyki najczęściej towarzyszyła Grzesiukowi w sanatoriach, jest trochę dziwna historia. Niby jest zakazana, ale czasem jej picie jest wskazane, bo przyspiesza usuwanie wody z płuc. W zasadzie lekarz jej oficjalnie nie poleci, ale i tak kuracjusze sami po nią sięgają. Nie mówi się także o tym, że gruźlik, mamiony wizją wyleczenia, potrafi wydać naprawdę duże pieniądze, aby kupić jakiś lek. Najczęściej nieskuteczny. Kuracje bywają bolesne, często zmuszają pacjentów do spędzania wielu tygodni w jednej pozycji w łóżku. I najczęściej jedynie wydłużają życie o kilka miesięcy, czasem lat.

Gdy czytałam tę książkę, w mediach przewinęła się fala artykułów o zakazie szczepień. Czytam o gruźlikach w sanatoriach opisanych przez Grzesiuka i myślę, że jednak szczepionka może nas uchronić przed takimi doznaniami. Gruźlica, zbierająca śmiertelne żniwo jeszcze niedawno, zabrała nie tylko autora tej książki, ale i tysiące innych chorych. Po nim pozostały teksty, są też murale. Dla nich za życia pozostaje zepchnięcie na margines, a potem nikła wizja pamięci.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Stanisław Grzesiuk, „Na marginesie życia" Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa, 2018 r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat