„Na morfinie” - recenzja

Recenzja książki „Na morfinie”.
Miłość to dziwne uczucie. Z jednej strony jest niezwykle pięknym doświadczeniem, zaś z drugiej może działać destrukcyjnie.

Motywem przewodnim książki autorstwa Anny Zacharzewskiej „Na morfinie” jest właśnie miłość, która niczym narkotyk uzależnia, pobudza i sprawia, że ciągle pragniemy więcej. Główną bohaterką jest Ola, która rozlicza swoje skomplikowane życie uczuciowe. Co więcej, dochodzi do pewnych zaskakujących wniosków. Kobieta dużo przeszła: toksyczny związek, bolesny rozwód, załamanie nerwowe, a na końcu próba samobójcza. Jednak nie poddała się, postanowiła odbudować swój świat i tym razem żyć według własnych zasad i wartości. Zupełnie od zera buduje swoją tożsamość, odnajduje swoją wartość, powoli zyskuje pewność siebie, a co więcej – ponownie postanawia zaufać mężczyźnie.

Z każdą kolejną stroną poznajemy zawirowane losy Oli, która zbyt wcześnie zdecydowała się wyjść za mąż. Co więcej, nie była dokładnie pewna, czy chce być żoną. Jednak za namową rodziny zdecydowała się wziąć ślub z mężczyzną, którego nie do końca kochała. Jak mówiła jej mama: „zawsze możesz się rozwieść”. No właśnie, to po co w takim razie brać ślub?!? Pewnie dlatego, żeby na stare lata nie zostać samą, bo to przecież najgorsza rzecz na świecie. Lepiej wyjść za mąż za pierwszego lepszego, byleby tylko z kimś być. No a potem niepowodzenia w związku i ciągłe kłótnie doprowadziły Olę do skraju załamania psychicznego, a w rezultacie do próby samobójczej.

Nie można robić czegoś za wszelką cenę, tylko dlatego, że tak być powinno. Jeśli się nie jest pewnym, że chce się wziąć ślub z konkretnym wybrankiem – nie robimy tego. Związek Oli z jej pierwszym mężem był toksyczny, a jad wylewał się z każdej strony. Nie wiem, jak to jest możliwe, żeby wykształcona, obyta i robiąca karierę kobieta dobrowolnie godziła się na trwanie w tak destrukcyjnym związku. Doskonale wiedziała, że nie mają oni żadnej wspólnej przyszłości, ale mimo wszystko dalej trwała w tym małżeństwie. W rezultacie straciła najlepsze lata swojego życia na ciągłe kłótnie, pretensje, a nawet przemoc z bezwartościowym facetem.

Mimo wszystko „Na morfinie” ma szczęśliwe zakończenie. Olga znajduje w końcu miłość swojego życia, od której również się uzależnia, ale w zupełnie inny sposób. W przypadku pierwszego małżeństwa z Markiem, jej uzależnienie doprowadziło do autodestrukcji. Niżej nie mogła upaść – typowe dla każdej narkomanki. W drugim zaś wręcz przeciwnie. Pokochała Konrada całym sercem, do tego stopnia, że na samą myśl o jego stracie dostawała drgawek. Wielbiła go ponad wszystko, przymykała oko na wady, wręcz wynosiła na ołtarze. Nie jestem do końca pewna, który rodzaj miłości tak naprawdę jest gorszy.

Autorka znana jest ze swojego języka, ciętej riposty i ironicznego postrzegania świata. I chociaż „Na morfinie” pełna jest specyficznego poczucia humoru Anny Zacharzewskiej, to nie zabraknie ukrytych metafor, które trafiają w samo sedno. Jest to książka adresowana do kobiet odważnych, ale równie tych, które poszukują odpowiedzi dotyczące miłości, kariery i podjętych decyzji. To również historia o destrukcyjnych tajemnicach i poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi oraz kontrolowaniem swojego życia. 

Klaudia Kwiatkowska
(klaudia.kwiatkowska@dlalejdis.pl)

Anna Zacharzewska, „Na morfinie”, Wydawnictwo Pascal, Bielsko- Biała 2015



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat