Na tropie zbrodni i w łóżku z wrogiem

Recenzja książki „Niebezpieczna rozgrywka”.
Wyobraźmy sobie świat, w którym wilkołaki, wampiry, zmiennokształtni i inne fantastyczne stworzenia nie tylko istnieją, ale też żyją sobie między ludźmi i cieszą się równouprawnieniem.

W takim świecie życie jest o wiele ciekawsze, a tym bardziej kiedy mamy do czynienia ze zbrodnią, bo przecież ludzka policja nie miałaby szans z wampirem ¬– psychopatycznym mordercą. I dlatego właśnie w świecie stworzonym przez Keri Arthur w cyklu Zew nocy takimi sprawami zajmują się strażnicy z Riley Jenson na czele.

W Melbourne grasuje seryjny morderca, który jako swoje ofiary wybiera młode kobiety. Nie są to jednak zwyczajne zabójstwa, bowiem na miejscu zbrodni zawsze znajduje się wyrysowany na podłodze odwrócony pentagram i wosk z czarnych świec, natomiast ofiary są rozcięte na całej długości i fachowo wypatroszone, a co więcej giną z wyrazem największej rozkoszy na twarzy.

Któż inny jeśli nie Riley Jenson mógłby odnaleźć mordercę? Wszak mało która wilkołaczko-wampirzyca w świecie literatury zna się na rozkoszy tak, jak ona. Dziesięciocentymetrowe obcasy jako drewniane kołki na wampiry, pokaźny biust, burza rudych włosów i nigdy nie gasnący apetyt na seks – oto najlepsza strażniczka do tego zadania.

W porównaniu do poprzednich książek, w „Niebezpiecznej rozgrywce” Riley ma wyjątkowego farta, bo chociaż sprawa zaczyna się nieprzyjemnym spotkaniem z jej starym wrogiem Gautierem, to nasza bohaterka bardzo szybko spotyka przystojnego barmana Jina, który bez cienia podejrzeń wiedzie ją do rozwiązania sprawy. Trop wiedzie jednak na niebezpieczne wody, a mianowicie do ekskluzywnego klubu, wyspecjalizowanego w spełnianiu sado-masochistycznych pragnień swoich klientów. Jak nietrudno się domyślić, dzielna Riley będzie musiała wejść w ten „mroczny” świat, żeby przekonać się, że za tajemniczymi zabójstwami kryje się coś więcej niż seksualne perwersje.

Detektywi znani z literatury i telewizyjnych ekranów tropią zbrodniarzy, badając tropy, szwendając się po podejrzanych dzielnicach, przesiadując w laboratoriach czy stosując dedukcję, jednak każda z tych metod przy trikach Riley wieje nudą. Nasza wilkołako-wampirzyca ma bowiem jedną, niezawodną metodę śledczą, którą jest seks. Jak zawsze nasza bohaterka wejdzie w bliskie relacje z podejrzanym „dla dobra śledztwa”, które nawiasem mówiąc wcale nie będą dla niej przykre, zwłaszcza, że jak to już u Keri Arthur bywa, zbliża się pełnia księżyca. A podczas pełni, jakby ktoś jeszcze nie zapoznał się z książkami australijskiej autorki, wilkołaki wcale nie zmieniają się w żądne krwi bestie, o nie! Zamiast krwi, doznają gorączki seksualnej, którą muszą zaspokoić nieważne za jaką cenę. A ta  może być bardzo wysoka dla Riley ze względu na Quina. Tysiącletniego wampira, z którym nieodzownie prze cztery książki wiąże się wątek „być z nim na jego warunkach, czy być sobą”.

I mimo, że to wszystko brzmi jak motyw taniego horroru klasy B, to „Niebezpieczną rozgrywkę” tak, jak poprzednie książki Keri Arthur czyta się naprawdę dobrze. A dzieje się tak, ponieważ jak zawsze dostajemy od autorki podobny sprawdzony schemat zbrodni, sporo akcji, nie mniej wiadomych „momentów” i poczucia humoru. Można by oczywiście czepiać się logiki Riley, wyjątkowo fortunnych zbiegów okoliczności, czy tego, że w sprawę zamieszany jest Quinn itd., ale przecież nie po to czyta się książki o napalonych wilkołako-wampirzycach na tropie zbrodni, prawda?

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Keri Arthur, „Niebezpieczna rozgrywka”, Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat