Nastoletni romans w scenerii mrocznej przyszłości

Recenzja książki „Legenda. Rebeliant”.
Być może gdybym nie znała przygód Katniss Everdeen, mogłabym spojrzeć na „Legendę. Rebelianta” łaskawszym okiem.

Według informacji na odwrocie książki, Marie Lu napisała swoją powieść zainspirowana ekranizacją „Nędzników” Wiktora Hugo, ja jednak mam wrażenie, że o wiele więcej inspiracji autorka zaczerpnęła od Suzanne Collins i jej bestsellerowego cyklu „Igrzyska śmierci”.

Niestety, co strona rzucały mi się w oczy podobieństwa miedzy obydwoma cyklami. Mamy tu więc dystopijną przyszłość Stanów Zjednoczonych, które na skutek katastrof klimatycznych (u Collins były to wojny atomowe) straciły bardzo dużo ze swojej dawnej potęgi. Z ich dawnego terytorium ostały się jedynie położna w Kalifornii Republika i znajdujące się w Teksasie Kolonie, które prowadzą ze sobą wojnę. Przywódcą Republiki jest elektor Primo, który sprawuje władze równie niedemokratycznie jak prezydent Snow, a społeczeństwo jest bardzo wyraźnie podzielone na skrajnie biednych, którzy nienawidzą rządu (jak w poszczególnych dystryktach w Panem) i bogatych, którzy mu służą.

W tych realiach spotykają się dwie osobowości. Day jest najbardziej poszukiwanym przestępcą Republiki, bo choć nie popełnił żadnego morderstwa to wyjątkowo skutecznie sabotuje działania rządu i niszczy jego własność. Z kolei June jest „cudownym dzieckiem” – kadetką elitarnej szkoły wojskowej, która uzyskała najwyższy wynik podczas Próby. Owa Próba to ogólny test, którą każdy z obywateli przechodzi w wieku 10 lat i na podstawie jej wyników jest mu przydzielana adekwatna do umiejętności rola w społeczeństwie. A jak się okaże, nie jest ona mniej okrutna niż wspomniane „Igrzyska śmierci’.

Jak nietrudno się domyślić, zadaniem June, będzie wytropienie Daya, które dla obydwojga przerodzi się w o wiele bardziej skomplikowaną historię. Okazuje się, bowiem że zarówno Day, jak i June są zamieszani w starannie ukrywane brudne sekrety rządu, które miały ogromny wpływ na ich życie i wybory. Jakby tego było mało, sfrustrowane wojną, epidemią i biedą społeczeństwo jest na skraju rebelii, co znów przypomina nam o tym, jak pod wpływem Katniss poszczególne dystrykty po kolei buntowały się przeciw Kapitolowi…

Narratorami powieści są na zamianę główni bohaterowie, co nadaje książce bardzo szybkiego tempa. Trzeba to przyznać Marie Lu, że ani przez chwilę książka nie wieje nudą, ale z drugiej strony oszczędna, złożona z krótkich rzeczowych zdań historia, a nawet pierwszoosobowa perspektywa znów jest przytłaczająco podobna do książek Collins.

Podsumowując, powieść Marie Lu na pewno nie jest literackim objawieniem, ani dziełem, które pchnie literaturę s-f na nowe tory, ale nie można jej odmówić tego, że książkę naprawdę przyjemnie się czyta. Mamy tu dużo akcji, ciągłe napięcie, w którym trzyma i swoich bohaterów, i czytelnika, wątek kryminalno-polityczny, i oczywiście wątek miłosny, co razem daje przewidywalny, acz całkiem przyzwoity efekt.

Sądzę, że „Rebeliant. Legenda” spodoba się wszystkim, którym mało jest prozy Suzanne Collins, ale podejrzewam, że po latach z tą książką będzie tak, jak z wszystkim paranormalnymi romansami dla nastolatków napisanymi na fali „Zmierzchu” – czyta się je całkiem przyjemnie, ale zawsze pozostaną tylko kopiami.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Marie Lu, „Legenda. Rebeliant”, Zielona Sowa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat