Nie znam zbyt wielu książek Anny Dąbrowskiej, jednak po przeczytaniu jej niedawno wydanej dylogii „Kochaj mnie szeptem”, wiedziałam, że następnym razem sięgnę po powieść tej autorki bez cienia wahania. Tym oto sposobem w moich rękach znalazła się „Nasza melodia”, jednak mimo rosnącej ciekawości, nie zabrałam się za jej lekturę od razu. Może wydać się wam to dziwne, ale już tłumaczę, o co chodzi. Ja po prostu wiedziałam, że kiedy zacznę ją czytać, to nie będę mogła jej odłożyć, dlatego musiała dość długo czekać na swoją kolej, bo rzadko mogę poświęcić tyle czasu na lekturę jednym ciągiem. Miałam dobre przeczucie i nie pomyliłam się ani trochę, bo nie byłam w stanie oderwać się od lektury.
Bardzo często krytycznie wypowiadam się o tzw. literaturze kobiecej, jednak nie wynika to z mojej niechęci do tego gatunku, a z mocno przeciętnej realizacji często dość dobrych pomysłów na książkę. Sięgając po „Naszą melodię”, możecie pomyśleć, że jestem niekonsekwentna, bo przecież tutaj ta historia też zapowiada się na bardzo już ograny temat, znany nam już od dziecięcej historii o czapli i żurawiu. Musicie jednak wziąć poprawkę na jeden, niezwykle istotny element układanki. Anna Dąbrowska po prostu ma talent do pisania i udowadnia mi po raz kolejny, że można opisać z pozoru banalną historię tak, że oczy się pocą, a po ciele przechodzą dreszcze. W powieściach autorki drzemie ogromna wrażliwość, dojrzałość i po prostu autentyczność, której nie da się naśladować. To po prostu trzeba w sobie mieć.
Wracając do samej książki, to „Nasza melodia” jest czwartą i ostatnią częścią cyklu „Płomienie”, o czym dowiedziałam się, czytając posłowie od autorki, jednak jeśli popełnicie ten sam błąd, co ja, to nie przejmujcie się – wygląda na to, że każda część to oddzielna historia mówiąca o jednym z członków tytułowego zespołu muzycznego i czytanie ich w przypadkowej kolejności nie powinno stanowić żadnego problemu. Ta część opowiada o Danielu „Dannym” Zasadzie, który dzięki powrotowi w rodzinne strony, zacznie rozumieć, że już czas dojrzeć i odważyć się być sobą. Katalizatorem do zmian będzie poznana na nowo znienawidzona koleżanka z dzieciństwa, która dziś jest piękną, ale i skomplikowaną kobietą.
W powieści nie zabrakło także nawiązania do relacji z rodzicami, które stają się trudne, gdy opuszczamy dom jako dzieci, a wracamy do niego już jako dorośli ludzie. Autorka delikatnie także odniosła się do tego, jak trudno odnaleźć się w neurotypowym świecie osobom z ADHD, często traktowanym jako irytująca nadpobudliwość, a będącym czymś znacznie więcej i wcale nie przemijającym z wiekiem dziecięcym, a wręcz przeciwnie.~!EQRWTEYGFDW1R
Mam jedynie jeden zarzut względem „Naszej melodii”, droga Anno Dąbrowska, ależ mi znowuż jest mało! Kolejny raz odkładam Pani książkę z ogromnym niedosytem, chcąc więcej i więcej, bo postacie, które kreuje autorka, są tak realne, skomplikowane i intrygujące, że materiału starczyłoby na całą sagę, liczącą kilkadziesiąt tomów, a mi dalej nie byłoby ich dość.
„Nasza melodia”, to zdecydowanie książka warta przeczytania, wręcz po raz kolejny mogę postawić książkę Dąbrowskiej jako wzór i przykład, jak powinno się pisać romans, obyczaj, czego oczekuję od literatury kobiecej. Mam nadzieję, że coraz więcej autorek zacznie wychodzić ze schematów, także będzie obalać stereotypy i odważy się tworzyć wielowymiarowe postacie i skomplikowane fabuły.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Anna Dąbrowska, „Nasza melodia”, Novae Res 2021
Komentarze