Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która się nad tym zastanawia w trakcie przedświątecznych przygotowań. Prawdopodobnie trudno byłoby znaleźć kogoś, kto nigdy o tym nie pomyślał, szczególnie jeśli, chcąc nie chcąc, pełni rolę gospodyni/arza dla przyjeżdżających na gotowe gości. W książkach i filmach męczące sprzątanie, zakupy, gotowanie i pieczenie są zwykle ledwo sygnalizowane albo też dzieją się błyskawicznie/magicznie poza kadrem. Kojarzę tylko jeden film o strajkujących z tego powodu mamach („On Strike for Christmas” z 2010 roku), dlatego też ucieszyłam się, że w końcu doczekaliśmy się książki poświęconej tej tematyce i to w polskim wydaniu.
„Nasza wielka świąteczna ucieczka” Małgorzaty Lis rozpoczyna się od retrospekcji, w której pięć nastolatek przyrzeka sobie, że bez względu na wszystko za dwadzieścia lat zamienią przedświąteczne zamieszanie na błogi odpoczynek. Po latach trzydziestopięcioletnie Monika, Marcelina, Łucja, Klara i Blanka dotrzymują słowa i wyjeżdżają na weekend do górskiej chaty kupionej przez brata Moniki. Plan wydawał się prosty, ale to już nie jest paczka dziewcząt, a grupa dorosłych kobiet z bardzo różną sytuacją życiową. W związku z tym trudno jest im odnaleźć wspólny język i oswoić się z tym, kim się stały i jak bardzo się zmieniły. Mniej więcej w połowie lektury typowo obyczajowa opowieść skręca na bardziej niebezpieczne tory – w pobliskim lesie ma ukrywać się morderca, a i sama chatka zdaje się skrywać pewne sekrety.
Książka łączy w sobie typowo świąteczną, lekką literaturę z romansem, komedią i kryminałem/thrillerem. Początkowo miałam wrażenie, że sytuacje i rozmowy są niepotrzebnie gmatwane i przesadzone. W miarę upływu czasu dialogi stają się jednak płynniejsze (jest w książce pewna postać, która zdaje się być żywcem wyrwana z poprzednich epok, zarówno jej zachowanie, jak i teksty są dość staroświeckie), a akcja coraz bardziej angażująca, dzięki czemu czyta się coraz szybciej i przyjemniej. Element humorystyczny przybiera na sile, kiedy do zabawy dołączają porzuceni przez wybranki panowie, a sam finał przynosi nam pewien niespodziewany twist. Co prawda, w pewnym momencie można zorientować się, że liczba męskich i żeńskich postaci jest nazbyt zbliżona, aby nie wyszedł z tego ukartowany od pierwszych stron happy end. Kiedy jednak droga od punktu A do B zapewnia nam odpowiednią porcję rozrywki, to chyba można przymknąć oko na pewne sprawy.
Podsumowując, „Nasza wielka świąteczna ucieczka” burzy oczekiwania względem literatury świątecznej w zaskakujący i sympatyczny sposób. Podczas lektury nie mogłam się pozbyć wrażenia, że jest wręcz stworzona do przeniesienia na ekran, ale też nieco obawiam się, że nasi rodzimi scenarzyści poszliby w nazbyt przerysowane wersje bohaterów i skończyłoby się na typowo żenującej komedii.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
„Nasza wielka świąteczna ucieczka”, Małgorzata Lis, Wydawnictwo Emocje, Kraków, 2024.
Komentarze