Zanim przejdę do napisania recenzji, chciałabym podzielić się z wami pewną anegdotką. Moja znajoma, kobieta już pod czterdziestkę, ma kilkuletniego syna, który pewnego razu poprosił ją, aby ta opowiedziała mu o swoim dzieciństwie. Ta z entuzjazmem zaczęła opowiadać o tym, w co się bawiła z koleżankami, jak spędzała czas, gdy nagle syn jej przerwał i zapytał się: „A dlaczego musiałaś po nią iść? Nie mogłaś zadzwonić?”. Na to znajoma odpowiedziała synowi, że w czasach, kiedy ona była dzieckiem, nie było telefonów, gier ani internetu. Chłopiec spojrzał się na mamę z litością, podszedł do niej, przytulił i wyszeptał: „Strasznie byłaś biedna…”.
Dykteryjka ta pokazuje jak bardzo zmienił się świat przez raptem 3 dekady. Mam wrażenie, że coraz częściej odchodzimy od tradycyjnych wartości na rzecz szeroko pojętego „postępu”; zamiast czerpać z chwil szczęścia, uwieczniamy je na komórkach i wreszcie zamiast zacząć po prostu żyć – dopieszczamy swój wyidealizowany profil w mediach społecznościowych. Wyznacznikiem dobrobytu stała się grubość portfela. Często, być może, pytamy się, dokąd ten świat zmierza, ale w swoim małym świecie nie zmieniamy zupełnie nic.
Z podobnymi problemami boryka się idealna rodzina Suzanne. Idealna tylko z pozoru, bo Suzanne robi wszystko, aby tak ją właśnie postrzegano. Mąż – wielki biznesmen – rozwija inwestycje, które stały się sensem jego życia. Córka Brynn spędza czas na przesiadywaniu w internecie, a jej życie toczy się wokół pustych rozmów o chłopakach. Syn szuka ucieczki w książkach, a sama Suzanne stara się utrzymać rozpadającą się rodzinę w ryzach.
Wszystko zmienia się, gdy w życie bohaterów wkracza Iris – dziewczyna nie z tego świata, która nie ma pojęcia do czego służy telefon komórkowy, a wifi jest dla niej synonimem słowa rzeka. Dziewczyna nie ma pojęcia, dlaczego ludzie z ciągłego kupowania rzeczy uczynili sens swojego życia; dlaczego chcą mieć więcej; dlaczego tak wiele rzeczy wyrzucają. Drobna, wystraszona i zagubiona dziewczyna wywróci świat rodziny Blakemore do góry nogami.
„Nasze miejsce” to powieść, która oczarowuje czytelnika od pierwszej strony i bardzo delikatnie prowadzi go przez przedstawiony w niej świat. Dawno już nie czytałam książki, która tak bardzo skłaniałaby do refleksji nad współczesnym światem; nad sensem życia. Często wydaje się nam, że nie mamy nic, a okazuje się, że mamy dużo – zbyt dużo i ciągle chcemy mieć więcej i więcej. Wypruwamy sobie żyły, aby kupić sobie kolejne markowe spodnie czy serwis obiadowy z ćmielowskiej porcelany. Jednak czy te rzeczy są rzeczywiście niezbędne do życia? Warto czasem stanąć, wziąć kilka głębokich oddechów i zadać sobie pytanie: „Po co?”. Po co mi to? Po co tak gonię? Czy nie lepiej odpuścić te kilkanaście nadgodzin, a w zamian za to przytulić swoje dziecko, kupić mu gałkę lodów waniliowych i iść na długi spacer po łące?
Aleksandra Kantorczyk
(aleksandra.kantorczyk@dlalejdis.pl)
Sonja Yoerg, „Nasze miejsce”, Burda, Warszawa, 2019 r.
Komentarze