Nie ma nic bardziej przerażającego niż to, co drzemie w człowieku. I nie ma chyba dla pisarza niczego trudniejszego i wymagającego wnikliwszej obserwacji, niż opisanie prawdziwej natury ludzkiej, stworzenie bohatera, który wzbudzi czytelniczy zachwyt, zadziwi i przerazi realizmem.
Po klasykę literatury sięgam bardzo rzadko – nie lubię tego patosu i podniosłej atmosfery, jaką krytycy przez lata budowali wokół wybitnych książek. Pewnie też trochę z tego powodu zdecydowałam się na „Skrzydła gołębicy” Henry’ego Jamesa – mało znanego klasyka literatury. Zdecydowałam się i nie żałuję, choć lektura, trzeba uczciwie przyznać, jest niezwykle czaso- i energochłonna.
Anglia przełomu XIX i XX wieku. Kate, wywodząca się z dobrej, choć niezamożnej rodziny, ma za namową ciotki poświęcić się dla krewnych, wychodząc za mąż za kogoś majętnego. Tego samego oczekują od niej siostra i ojciec. Kate, jakby na przekór wszystkim wiąże się z ubogim dziennikarzem, który nie może zyskać aprobaty jej rodziny. I wtem zjawia się młoda amerykanka, Milly, której pozostało już niewiele życia. Kate widzi w niej (a dokładniej w jej pieniądzach) rozwiązanie wszystkich swoich problemów. Szkopuł jednak w tym, że Kate nie ma żadnych praw do majątku Amerykanki. Co innego jednak, gdyby jej ukochany, Merton, zdołał rozkochać w sobie umierającą dziewczynę…
„Skrzydła gołębicy” to bardzo rozbudowana powieść psychologiczna, a jednak ma się nieodparte wrażenie, że każde słowo zostało przemyślane i jest niezbędnym elementem tej misternie utkanej fabuły. Nie ukrywam, że lektura nie była łatwa, wymagała bowiem stuprocentowego zaangażowania i koncentracji przez cały czas. A z uwagi na objętość książki (niemal 700 stron) było to dość wyczerpujące doświadczenie czytelnicze. Ale było warto. Dla tego studium emocji targających człowiekiem, dla tej gęstej atmosfery towarzyszącej wyższej klasie, dla języka, który jednocześnie rozpalał i studził czytelniczą wyobraźnię.
Cała historia w „Skrzydłach gołębicy” rozwija się powoli, ale też nie o wartką akcję w niej chodzi. Za to Henry James zadbał o każdy szczegół, najmniejszy nawet detal, tak, aby jego książka naprawdę stworzyła spójną, nierozerwalną całość.
Jednak tym, co w książce Henry’ego Jamesa urzekło mnie najbardziej jest jej ponadczasowość. Po raz pierwszy wydano ją w 1902 roku (!), ale polskiego przekładu doczekała się dopiero dziś. A jednak nie uważam, aby w związku z tą różnicą, „Skrzydła gołębicy” straciły choć trochę na aktualności w samym meritum treści. I to chyba przede wszystkim powinno skłonić miłośników klasyki i powieści psychologicznych do sięgnięcia po tę pozycję.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Henry James „Skrzydła gołębicy”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze