„Nazywam się Stephen Florida” - recenzja

Recenzja książki „Nazywam się Stephen Florida”.
Niekończące się krople potu na ringu, czyli opowieść o Stephenie Floridzie.

„O człowieku który pamięta każdą porażkę i z niej chce uczynić swoją siłę”. Początek książki sprzyja wielkim oczekiwaniom. Można sądzić, że będzie to historia „od zera do bohatera”. Ci, którzy mają takie przeczucia, mogą wrócić do zachwycania się hollywoodzkimi opowieściami.

„Nazywam się Stephen Florida” to historia wyjątkowa i zarazem wyjątkowo trudna. Nie powinno się jednak używać tu górnolotnych słów, bo historia nie jest niezwykła, lecz sam sposób przedstawienia bohatera. Sam Stephen Florida prowadzi samotne życie okupione wyrzeczeniami. Najważniejsze jest dla niego osiągnięcie celu, czyli tytułu mistrza. Temu podporządkowuje wszystko. Trenuje do bólu, marząc o kolejnych zapaśniczych sukcesach i jednocześnie boi się porażki. Zastanawia się czy warto zrezygnować z miłości i przyjaźni...... Czy pasja wystarczy? Czy pasja może być życiem?

Wraz z czytaniem zmieniają się oczekiwania. Raz przerwaną lekturę trudno wznowić i dokończyć, bo w opowieść trzeba się dosłownie wgryźć. Stephen Florida jest emocjonalny, ale też samotny, a w życiu kieruje się siłą i testosteronem. Czytając, niemal czujemy wylewający się pot podczas każdego treningu; otacza nas duszna aura sali treningowej. Bo tak właśnie miało być. Gabe Habash wprowadza w ograniczony świat jednego człowieka, który podporządkował swoje życie marzeniom. Dominuje psychologizacja postaci, zaglądamy w głowę Stephena, czasem go lubimy innym razem zupełnie nie rozumiemy. Nie wiadomo, czy chcemy go wysłać na leczenie, czy nadal mu kibicujemy. „Nazywam się Stephen Florida” to wyjątkowa opowieść. Szczera, zaskakująca, pełna pasji, chorej obsesji i smutku. 

Gabe Habash zostawia nas z pytaniami bez odpowiedzi, pokazuje ciemną stronę sportu, ale także piękno marzeń. Być może zbyt górnolotnie brzmią wszystkie zapowiedzi i pozytywne opinie „New York Times'a”, „Library Journal” czy „Guardiana” na temat książki. Niepotrzebnie balon marketingowy został napompowany. Nie sposób w tym wszystkim pominąć jak zawsze ciekawego tłumaczenia Jędrzeja Polaka.

„Nazywam się Stephen Florida” zasługuje na własne odpowiedzi, a tych po jej przeczytaniu nie pojawia się wiele. Powieść niejednoznaczna, bardzo ciekawa i zdecydowanie nie dla każdego.

Sylwia Wasin
(sylwia.wasin@dlalejdis.pl)

Gabe Habash, „Nazywam się Stephen Florida”, 2019, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat