Kiedy przeczytałam książkę Jaya Jayamohana i doszłam do ostatniego zdania, które zacytowałam powyżej, pomyślałam, że niewielu z nas może nazwać się szczęściarzami. Iluż ludzi tkwi latami w jednym, znienawidzonym, zakładzie pracy? Jak wielu z nas budzi się w niedzielę z myślą „O nie, jutro już poniedziałek”? I wreszcie – ilu takich ludzi – nie lubiących swojej pracy – zatruło z tego powodu życie innym ludziom?
Jay Jayamohan jest lekarzem z powołania i to po prostu można wyczuć w każdym napisanym przez niego słowie. Samo bycie lekarzem jest, przynajmniej dla mnie, heroizmem, a bycie neurochirurgiem dziecięcym w ogóle przekracza moje możliwości pojmowania. Przeprowadzanie operacji, gdzie pół milimetra pomyłki może kosztować czyjąś sprawność; przekazywanie ludziom informacji, że ich pociecha już nigdy nie stanie na własnych nogach czy sama świadomość, że dzierży się w swoich rękach los człowieka wydaje mi się niewyobrażalną odpowiedzialnością; ciężarem, który w razie niepowodzenia, przygniecie na dobre. Autor jednak bardzo chciał zostać tym, kim jest, bo jak sam twierdzi „[Neurochirurgia] wymaga wielu rozważań. To bardzo dociekliwa specjalizacja […] To zupełnie jak rozwiązywanie krzyżówki hetmańskiej: są wskazówki, ale czy uda ci się nadać im jakiś sens? Człowiek staje się doktorem Watsonem i Sherlockiem Holmesem połączonym w jedno.”
W swojej książce Jayamohan opowiada o tym, jak został lekarzem, co nim kierowało oraz – co jest najbardziej interesujące z perspektywy czytelnika - zdradza tajniki pracy na sali operacyjnej. A ta bywa równie niebezpieczna, co fascynująca. Przypadki, które opisuje doktor Jayamohan dziwią, zaskakują, mrożą krew w żyłach. Przeczytamy o chłopcu, który z dnia na dzień stracił władzę w nogach; o niemowlęciu, któremu (dosłownie) rozpadł się mózg; o maleństwie, które jeszcze przed narodzeniem zostało skazane na nieuleczalną chorobę. Najgorsze jest to, że ta książka to nie „Na dobre i na złe”, to nie „Na Sygnale”, to nie „Doktor House”. Próżno tu, po każdym z odcinków, szukać happy endów.
Czytając te wszystkie historie, nie przestawałam stawiać się w sytuacjach tych rozstrzęsionych, zapłakanych rodziców, którzy w obce ręce muszą oddać swój największy skarb. Swoje dziecko. Co bym czuła? Jakbym wytrzymała te godziny, dni, tygodnie niepewności? Nie wiem. Wiem jednak, że chciałabym, aby każdy lekarz, którego spotkam, miał takie podejście jak doktor Jayamohan. Empatia, zrozumienie i rzetelne informacje, bez rozbudzania niepotrzebnej nadziei, są tym zestawem, który od lekarza zajmującego się ich dzieckiem, chcieliby otrzymać rodzice.
„Neurochirurg” wywarł na mnie ogromne wrażenie. Uwielbiam czytać książki o tematyce medycznej, a nie od dzisiaj wiadomo, że mózg jest najbardziej fascynującym organem człowieka. Jednak ta książka to nie tylko opisy ciekawych przypadków medycznych. To przede wszystkim zapis pracy lekarza, który jest tylko człowiekiem; który popełnia błędy, bywa zmęczony i czasem traci wiarę w to, co robi. To zapis codziennej walki z nierównymi przeciwnikami – ze strachem, z czasem, z niepewnością.
Tę książkę trzeba przeczytać. Doktor Jayamohan jest żywym zaprzeczeniem tego, co jest promowane w mainstreamowych mediach. Dla niego każdy pacjent, nawet ten w łonie matki, jest ważny i wart życia. Nawet jeśli te miałoby trwać tylko kilka minut…
Anna Stasiuk
(anna.stasiuk@dlalejdis.pl)
Jay Jayamohan, „Neurochirurg”, Filia, Poznań 2020
Komentarze