„Nie pozwól jej zostać” – recenzja

Recenzja książki „Nie pozwól jej zostać”.
„To nie ma absolutnie nic wspólnego z rowerem!”.

Są powieści z dobrym startem, ale zmarnowanym potencjałem. Są nieudane od początku do końca. Są również takie, które trochę ciekawią, trochę irytują, ale jednocześnie wiemy, że jeden dodatkowy element układanki mógłby znacząco wynagrodzić to, jak niestworzona w pewnym momencie staje się opowiadana historia. Z tym trzecim typem mamy do czynienia w przypadku „Nie pozwól jej zostać” Nicoli Sanders.

Główną bohaterką i jedyną narratorką powieści jest trzydziestotrzyletnia Joanne, żona znacznie starszego Richarda i świeżo upieczona mama małej Evie. Joanne i Richard mieszkają w wiejskiej rezydencji i jak to zwykle bywa w powieściach z dreszczykiem, wiodą z pozoru idealnie nudne życie. Sielankę coś jednak musi zburzyć. Tym razem jest to nie coś, ale ktoś. Po latach ciszy dwudziestoletnia córka Richarda z jego pierwszego małżeństwa niespodziewanie wyciąga rękę na zgodę i oferuje pomoc w opiece nad swoją przyrodnią siostrą. Joanne i tak myślała o zatrudnieniu niani, aby kilka dni w tygodniu pracować zdalnie. Przyjazd pasierbicy wydaje się więc istnym darem od losu. Szybko jednak okazuje się, że Chloe ma wyjątkowo dwulicową naturę. Ciągle dogryza macosze, równocześnie udając przy ojcu niewiniątko.

Fakt, iż nigdy nie dostajemy wglądu w perspektywę drugiej strony powoduje, że cała intryga staje się aż nazbyt prosta, wręcz zero-jedynkowa. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę futurospekcję z pierwszego rozdziału, są tylko dwie opcje: Chloe rzeczywiście uprzykrza życie Joanne albo to Joanne wpada w paranoję na skutek niedoboru snu i przemęczenia, rozdrapując każde nieporozumienie z udziałem pasierbicy. Z czasem konflikt narasta i przeradza się w coś mroczniejszego. Tajemnice przeszłości dają o sobie znać. Tu właśnie tkwi ten brakujący puzzel, o którym wspomniałam na początku. Trudno jednak o nim napisać szerzej, nie spoilerując.

Ujmę więc to tak: ostateczne wytłumaczenie motywów bohaterów sprowadza się do czegoś zbyt banalnego. Zdecydowanie nie odpowiada to ładunkowi emocjonalnemu, który może popchnąć do planowania i dokonania zbrodni w tak wąskim kręgu rodzinnym. Myślę, że gdyby autorka nie bała się pójść o krok dalej i nadać pewnej relacji charakteru wykraczającego poza ogólnie przyjęte normy społeczne, całość miałaby mocniejszy wydźwięk. Granice między ofiarą i oprawcą zostałyby bardziej zatarte, a i sam czytelnik byłby bardziej wyrozumiały, przymykając oko na pozostałe niedociągnięcia.

Postaci są bowiem raczej płaskie, a dialogi bywają nienaturalne i infantylne (cytat z leadu i cała związana z nim sytuacja jest wręcz komediowa, tak samo jak grożenie przeróbką z Photoshopa). Być może to kwestia zbyt dosłownego tłumaczenia, bo z tym też jest kilka potknięć – zamiana rodzaju męskiego i żeńskiego, bohaterka jest związana zamiast zajęta/w związku, a ryby są nazywane zamiast wołane. Ponownie jest również problem z umiejscowieniem wydarzeń w czasie – czy to jakiś trend w brytyjskiej literaturze ostatnich lat? Początkowo nic nie sugeruje, że akcja nie dzieje się współcześnie, ale przy wspominaniu spraw sprzed dekady bohaterka nagle zastanawia się, czy wtedy już używano telefonów komórkowych, więc o którym roku mowa?

Zapewne znajdą się fani domestic noir, których fabuła „Nie pozwól jej zostać” bardziej wciągnie i przekona. Jako wakacyjne czytadło na jeden wieczór daje radę, ale zdecydowanie można było z tego wykrzesać coś więcej.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Nicola Sanders, „Nie pozwól jej zostać”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2024.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat