„(nie)spełnione marzenia” – recenzja

Recenzja książki „(nie)spełnione marzenia”.
„Wieczór był cudowny”

Mam z tą książką duży problem. Naprawdę. Temat jest dość chwytliwy, w końcu chyba większość z nas ma takie marzenia, które chce spełnić, a jak to się uda, to okazuje się, że są kolejne. Jest ona, kobieta z Polski, Angelika, i on, jej przewodnik po Los Angeles, Jack. Zapomniałam dodać, że przecież dziewczyna z dużego polskiego miasta chciałaby choć przez kilka dni chłonąć atmosferę Hollywood, Sunset Boulevard czy trafić do Beverly Hills 90210.

Brzmi znajomo? To świetnie. Tylko tutaj się kończy mój zachwyt. Bo, krótko mówiąc, książka jest przegadana i pełno w niej bardzo dziwnych określeń. Dawałam tej książce szansę kilka razy, ale moje pierwsze załamanie pojawiło się, gdy nasza bohaterka częstuje swoich gospodarzy „wędlinami rodzinnymi”. Potem takich perełek jest jeszcze kilka. Sprawdzałam, jest wpisana korekta, zatem albo ktoś przegapił, albo się nie przyłożył.

Dlaczego się czepiam? Bo w tej książce wszystko się odbywa tak, jakby bohaterka miała za dużo do powiedzenia i musiała nam wyjaśnić absolutnie wszystko. Jak w wypracowaniu szkolnym. Czepiam się? Cóż, „w moim domowym spa (wannie)” to tylko jeden z przykładów. Jakoś nie wyobrażam sobie, aby domowe spa miało się kojarzyć na przykład z kuchnią. Kolejna rzecz to trudność, z którą styka się każdy piszący autor, czyli ile można napisać po angielsku, a kiedy przejść na swój język ojczysty, aby wszystko było jasne. Tutaj, tak sobie myślę, nie zawsze czytelniczka złapie, że angielskie Angel, czyli de facto imię bohaterki, może być zamienione na określenie: Aniołek.

A, nie, czekajcie, w końcu podstawy angielskiego większość gdzieś miała, prawda? Więc dlaczego imię jakiejś kobiety to Merry? Jak w żarcie: Jak ma na imię żona świętego Mikołaja? Merry Christmas.

Myślę, że tu zabrakło czasu i wsparcia dla autorki, która nie musi się znać na wszystkich zasadach, jakie powinna spełniać dobrze napisana książka. Autorka chciała się podzielić swoim pomysłem, historią, która w niej siedziała, i to zrobiła. Pytanie, czy po stronie wydawnictwa ktoś się tą historią odpowiednio zajął. Moim zdaniem nie, bo wystarczyłoby przez chwilę porozmawiać z autorką, aby namówić ją do zmiany języka (jej czterdziestoletnia bohaterka cierpi na słowotok jak jakaś zakompleksiona nastolatka), a przy okazji można było wyłapać kilka takich wpadek wyrażeniowych, które niekoniecznie się przysłużą fabule.

Moje zadanie kończy się jednak na napisaniu recenzji, więc dyplomatycznie powiem tak: dla fabuły i samego pomysłu na całość uważam, że jednak warto po tę książkę sięgnąć. Na szczęście jest krótka i gdy kolejny raz przeczytacie, że nasza fanka „50 twarzy Greya” zaczyna swoją scenę erotyczną od wkładania palców „w majteczki”, może za mocno się nie wkurzycie. Moim zdaniem zabrakło jakiegoś miesiąca, żeby całość dopieścić i stworzyć ciekawą historię o spełniających się marzeniach.

Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)

Małgorzata Owczarek, „(nie)spełnione marzenia”, Wydawnictwo Psychoskok 2021



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat