Nie do końca fantastyczna kraina czarów

Recenzja książki "Wojna kwiatów".
Kiedy pomyślę o Theo, głównym bohaterze „Wojny kwiatów” Tada Williamsa, to widzę wszystkich tych chłopaków z długimi włosami i gitarą,

do których wzdychało wiele dziewczyn w liceum, a którzy spotkani po 10 latach, nic się nie zmienili.

Nie dorośli, nie zrobili kariery, gdy tymczasem te same dziewczęta, które wodziły za nimi wzrokiem, ułożyły sobie życie z mniej alternatywnymi, ale za to bardziej zaradnymi mężczyznami. Bo Theo to chłopak, który był przystojny, charyzmatyczny i świetnie śpiewał, ale w dorosłym życiu nie zrobił kariery muzycznej, nie udało mu się ułożyć sobie życia osobistego, ani odnieść jakiegokolwiek sukcesu w życiu. I kiedy wydawałoby się, że w jego życiu nie wydarzy się już nic specjalnego, najpierw odnajduje książkę wuja, który opisuje niezwykłą krainę faerie, a wkrótce potem sam do niej trafia, ale bynajmniej nie przez wejście do króliczej nory.

Ścigany przez zombie, dzięki pomocy skrzata o proweniencji disnejowskiego Dzwoneczka, Theo trafia do krainy czarów rządzonej przez faerie, które chcą wykończyć rodzaj ludzki i opanować świat. Zapowiada się ciekawie? Spokojnie, to zaledwie pierwsze sto stron książki.

I tak, z jednej strony „Wojna kwiatów” ma niewątpliwy urok. Autor miał całkiem niezły pomysł na fabułę i napracował się, żeby zgłębić postać bohatera i przedstawić niezwykły świat, do którego trafia, ale z drugiej strony jest to książka dla wyjątkowo cierpliwych czytelników.

Największa wadą „Wojny kwiatów” jest to, że fabuła grzęźnie w dialogach, porównaniach i opisach. Jeśli komuś nie przeszkadza, to że dopiero w połowie książki (a uwaga ma ona niemal 700 stron!) akcja zaczyna się na dobre rozkręcać, zapewne nie pożałuje lektury. Jednak dla mnie w tym przypadku objętość jest niewspółmierna do treści i gdyby wyciąć z książki wspomniane opisy, porównania, wytłumaczenia i w większości wątpliwie śmieszne dialogi, śmiem twierdzić, że więcej by zyskała, niż straciła. Osobiście, nie lubię książek za krótkich, bo zawsze mam przy nich odczucie, że kiedy wreszcie wgryzłam się w fabułę i wczuwam w świat stworzony przez autora, to wszystko kończy się za szybko. W tym wypadku jednak mam zupełnie odwrotnie. I choć rozumiem zamysł autora, to naprawdę na niektórych fragmentach strasznie się wynudziłam.

Poza tym jak tu opisywać niezwykła krainę, kiedy w perspektywie głównego bohatera Theo wszystko wgląda „tak jakby z naszego świata”. Powozy to inaczej działające samochody, podpis składany ręką, to rodzaj zapłaty kartą kredytową, są nawet pociągi i autobusy – takie same tylko trochę inne itd. A wszystkie te cudowne i niesamowite rzeczy, których doświadcza bohater tracą na niezwykłości właśnie przez ciągłe porównywanie do naszego świata. Może i pozwala to na lepsze wytłumaczenie, ale ja w trakcie lektury czułam się jakbym oglądała „Globtrotera”, gdzie jakiś bystry przewodnik tłumaczy telewidzom wszystkie meandry egzotycznego świata.

Warto też wspomnieć, że Theo ma spore problemy z płcią przeciwną, ale na szczęście zawsze obok znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy mu jego błędy, także niektóry mężczyźni mogą „Wojnę kwiatów” potraktować jako swoisty poradnik, jak nie postępować z kobietami.

Książka Tada Williamsa nie wzbudziła we mnie specjalnego zachwytu, ale też nie mogę powiedzieć, że jest zła. Jest po prostu za mało „fantastyczna”.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Tad Williams, „Wojna kwiatów”, Mag



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat