do których wzdychało wiele dziewczyn w liceum, a którzy spotkani po 10 latach, nic się nie zmienili.
Nie dorośli, nie zrobili kariery, gdy tymczasem te same dziewczęta, które wodziły za nimi wzrokiem, ułożyły sobie życie z mniej alternatywnymi, ale za to bardziej zaradnymi mężczyznami. Bo Theo to chłopak, który był przystojny, charyzmatyczny i świetnie śpiewał, ale w dorosłym życiu nie zrobił kariery muzycznej, nie udało mu się ułożyć sobie życia osobistego, ani odnieść jakiegokolwiek sukcesu w życiu. I kiedy wydawałoby się, że w jego życiu nie wydarzy się już nic specjalnego, najpierw odnajduje książkę wuja, który opisuje niezwykłą krainę faerie, a wkrótce potem sam do niej trafia, ale bynajmniej nie przez wejście do króliczej nory.
Ścigany przez zombie, dzięki pomocy skrzata o proweniencji disnejowskiego Dzwoneczka, Theo trafia do krainy czarów rządzonej przez faerie, które chcą wykończyć rodzaj ludzki i opanować świat. Zapowiada się ciekawie? Spokojnie, to zaledwie pierwsze sto stron książki.
I tak, z jednej strony „Wojna kwiatów” ma niewątpliwy urok. Autor miał całkiem niezły pomysł na fabułę i napracował się, żeby zgłębić postać bohatera i przedstawić niezwykły świat, do którego trafia, ale z drugiej strony jest to książka dla wyjątkowo cierpliwych czytelników.
Największa wadą „Wojny kwiatów” jest to, że fabuła grzęźnie w dialogach, porównaniach i opisach. Jeśli komuś nie przeszkadza, to że dopiero w połowie książki (a uwaga ma ona niemal 700 stron!) akcja zaczyna się na dobre rozkręcać, zapewne nie pożałuje lektury. Jednak dla mnie w tym przypadku objętość jest niewspółmierna do treści i gdyby wyciąć z książki wspomniane opisy, porównania, wytłumaczenia i w większości wątpliwie śmieszne dialogi, śmiem twierdzić, że więcej by zyskała, niż straciła. Osobiście, nie lubię książek za krótkich, bo zawsze mam przy nich odczucie, że kiedy wreszcie wgryzłam się w fabułę i wczuwam w świat stworzony przez autora, to wszystko kończy się za szybko. W tym wypadku jednak mam zupełnie odwrotnie. I choć rozumiem zamysł autora, to naprawdę na niektórych fragmentach strasznie się wynudziłam.
Poza tym jak tu opisywać niezwykła krainę, kiedy w perspektywie głównego bohatera Theo wszystko wgląda „tak jakby z naszego świata”. Powozy to inaczej działające samochody, podpis składany ręką, to rodzaj zapłaty kartą kredytową, są nawet pociągi i autobusy – takie same tylko trochę inne itd. A wszystkie te cudowne i niesamowite rzeczy, których doświadcza bohater tracą na niezwykłości właśnie przez ciągłe porównywanie do naszego świata. Może i pozwala to na lepsze wytłumaczenie, ale ja w trakcie lektury czułam się jakbym oglądała „Globtrotera”, gdzie jakiś bystry przewodnik tłumaczy telewidzom wszystkie meandry egzotycznego świata.
Warto też wspomnieć, że Theo ma spore problemy z płcią przeciwną, ale na szczęście zawsze obok znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy mu jego błędy, także niektóry mężczyźni mogą „Wojnę kwiatów” potraktować jako swoisty poradnik, jak nie postępować z kobietami.
Książka Tada Williamsa nie wzbudziła we mnie specjalnego zachwytu, ale też nie mogę powiedzieć, że jest zła. Jest po prostu za mało „fantastyczna”.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Tad Williams, „Wojna kwiatów”, Mag
Komentarze