(Nie)idealna wieś

Recenzja książki „Owce, barany i gminne szykany”.
Każda osoba, która marzy o ucieczce na wieś, o sielskim życiu na skraju lasu i wytchnieniu od wielkiego miasta, powinna najpierw przeczytać „Owce, barany i gminne szykany.”

Ostatnimi czasy wieś stała się tematem dość mocno eksploatowanym, a większość książek ma podobny schemat – utrata pracy, zerwanie z chłopakiem/mężem, ucieczka w nowe miejsce, a tam nowa praca, nowa miłość i nowe szczęście. Powieść Marty Osy nie odbiega daleko od tego schematu, ale autorka dodała do tego garść intrygi, szczyptę tajemnicy i odrobinę kolorytu tworząc tym samym sympatyczną i całkiem dobrą prozę. Pokazała, że wieś wcale nie jest spokojnym i cichym miejscem.

„Owce, barany i gminne szykany” to kontynuacja „I po cholerę mi to było!”, ale ten, kto nie czytał pierwszej powieści, idealnie odnajdzie się w historiach mieszkańców małej wsi.

Lukrecja wiedzie spokojne i dobre życie do czasu, aż zostaje zwolniona z biblioteki, w której przez wiele lat wychowywała rzesze czytelników. W dodatku wójt chce przejąć jej dotychczasowy dom. W ogrodzie bohaterka znajduje ludzkie kości, a na strychu – stare zdjęcia pornograficzne. W tym wszystkim Lukrecja musi się odnaleźć i przekonać samą siebie, że życie nie jest wcale takie okropne. Oczywiście, pomogą jej w tym przyjaciele i stara-nowa miłość, a do tego wszystkiego w intrygę kryminalną wplątany zostanie jeszcze miejscowy proboszcz. I jak tu nie stracić głowy?

Marta Osa pokazuje, że wieś to nie tylko sielanka, ale również intrygi, kłótnie, przekomarzania i gierki, a temat idyllicznej prowincji nie jest jeszcze wyczerpany i wiele na jego temat można napisać. Autorka do bardzo wyrazistych bohaterów dodała trochę tajemnicy, sensacji i dużo dobrego humoru, tworząc w ten sposób książkę, która przyciąga i – takie mam przynajmniej wrażenie – pokazuje nam nas samych w krzywym zwierciadle. Ciągle miałam wrażenie, że bohaterowie są mi znani, że gdzieś już ich kiedyś spotkałam, a proboszcz jest niezwykle podobny do mojego proboszcza. Osa sprawiła, że bohaterowie są nam bliscy, a ich przygody – choć często nieprawdopodobne – wydają nam się codziennością i to codziennością, w której chcielibyśmy żyć.

„Owce, barany i gminne szykany” to banalna historia, ale napisana z taką werwą i humorem, że staje się idealną propozycją na wakacyjny wyjazd czy ciepły wieczór na tarasie.

Anna Otlik
(anna.otlik@dlalejdis.pl)

Marta Osa, „Owce, barany i gminne szykany”, Zysk i S-ka, Poznań 2013



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat