Po początkowych rozdziałach książki „Dziewczyny w bieli” byłam pełna zniechęcenia. Gubiłam się w bohaterkach wprowadzanych przez Close właściwie bez końca. Wszystkie imiona zlewały mi się w jedno. Nie rozróżniałam jednej kobiety od drugiej. Aż w końcu postanowiłam skupić się na Lauren, Isabelle i Mary, głównych bohaterkach powieści, złapałam odpowiedni rytm i na kilka godzin wsiąknęłam.
Jennifer Close napisała przyjemną w odbiorze, a momentami nawet całkiem zabawną powieść o związkach różnego typu. W „Dziewczynach w bieli” znalazły się między innymi śluby spowodowane nieplanowaną ciążą, rozstania na kilka tygodni przed ślubem, szczęśliwe małżeństwa zakończone rozwodem, śluby, które ku męce druhen, poprzedzano sześcioma (!) wieczorami panieńskimi czy też związki i wspólne mieszkanie bez ślubu. Każda z kobiet przedstawionych przez autorkę jest inna, każdy związek w tej książce czymś się różni, a mimo tego każdy wyda nam się choć odrobinę znajomy, gdy dopasujemy do niego ludzi ze swojego otoczenia.
„Dziewczyny w bieli” tak naprawdę jednak nie traktują tylko o ślubach i przedślubnej gorączce. Przez całą książkę obserwujemy raczej życie głównych bohaterek od momentu ukończenia pełnoletności, powolnego usamodzielniania się aż do skończenia trzydziestki. Oczywiście, że w tak długim czasie obserwują one śluby znajomych, często występują w rolach druhen, same szukają swojego szczęścia, przeżywają w swoich związkach chwile lepsze i gorsze, godzą się z nieuniknionymi rozstaniami, ale też wybierają różne kierunki, najpierw na studiach, potem w pracy, z której zresztą nie każda jest zadowolona, powoli próbują uniezależnić się od rodziców, znaleźć własny kącik (z czym też nie zawsze jest tak kolorowo) i po prostu zacząć żyć po swojemu. Myślę, że każda młoda kobieta mogłaby w powieści Close znaleźć jakąś cząsteczkę siebie, bo jej bohaterki zmagają się z całym wachlarzem problemów znajomych niejednej dwudziestolatce.
Minusem „Dziewczyn w bieli” jest to, że zabrakło mi w tej książce jakiejś spójności, płynnego przechodzenia od rozdziału do rozdziału. Momentami zastanawiałam się nawet, jaki cel przyświecał autorce: napisanie powieści czy raczej zbioru opowiadań złączonych jednym tematem? Może też przez to swoją konstrukcją „Dziewczyny w bieli” przypominały mi serial, w którym niby główny temat wciąż jest ten sam, niby pojawiają się ci sami główni bohaterowie, ale jednak każdy odcinek jest o czyś innym. A może to był celowy zabieg?
Izabela Raducka
(izabela.raducka@kobieta20.pl)
Jennifer Close, „Dziewczyny w bieli”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Komentarze