Pytanie, jakie się nasuwa po przeczytaniu lektury, to czy faktycznie stan ich bytu można określić tym niewdzięcznym słowem. Nieszczęście staje się w „Nie ma o czym mówić” na tyle relatywne, że wręcz przeplata się z urojonym szczęściem, stanem dziwnej nirwany, z której postacie nie chcą się wyrwać oraz gdzie utknęli na własne życzenie. Gdzie utknęli? Okładka książki głosi, że „rzecz dzieje się w przestrzeni publicznej”, co zasugerować mogłoby, że spotkamy przeciętnego everymana, który ginie wśród tłumu. A nasz bohater płata figla. Owszem, ginie. Lecz niezauważony, jako ktoś niewarty poświęcenia uwagi, ktoś gorszy, kto za Nietzschem byłby najgorszym gniotem naszego pięknego świata herosów. Bohaterami książki są włóczędzy, kloszardzi, bezdomni. Właściwie to chyba wszyscy w podobnym położeniu. Z szaleństwami, urojeniami. Każdy z osobna, opisując swoją historię, wplata się w koło zniszczonego przez życie bohatera kolektywnego. Bo pomimo oddzielnych historii, odmiennych fobii, są tym samym. Kogoś, kogo MY nazwalibyśmy nieszczęśliwym człowiekiem, którego koleje losu sprowadziły prosto na Dworzec Centralny.
Składową książki wartą uwagi jest z pewnością język. Każdy bohater operuje innym, nacechowanym do reszty osobowościowo idiolektem. Każdy opisuje swoje przeżycia inaczej, dostosowując ton i warstwę do stylu i poziomu życia, które przecież nie zaczynało się w miejscu, w którym poznajemy bohaterów. Historie przez nich opowiedziane nigdy nie znajdują końca, nigdy nie mają też początku – są tylko czarnym punktem na płaszczyźnie życia, wyjętym epizodem, który pozwoli nam symetrycznie dopowiedzieć sobie resztę odwzorowaną na fragmencie. Język staje się perełką, mimo wszechobecnego chaosu i pytań retorycznych, na których odpowiedź składa się następne samo wypowiedziane zdanie. Język przechodzi w bohatera. Może dlatego, że tylko on na chwilę obecną go kształtuje?
„Nie ma o czym mówić” nie jest lekką, przyjemną pozycją, którą czyta się w gwarnym przedziale pociągu. Przerwane, chaotyczne wypowiedzi poszczególnych ludzi nie byłyby wtedy zupełnie do wyłowienia. Kto zrozumiałby Don Iva, Carycę czy Artibusa? Kto pomyślałby, że owo szaleństwo, które u nas powoduje awersję i obawy, jest sposobem na życie, a czasem wręcz świadomym wyborem. Pewnie nikt. Tak jak nikt, kto nie przyznałby, że książka Szarejko jest wartościowa, choć ciężka.
Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)
Marta Szarejko, „Nie ma o czym mówic”, AMEA, Kraków
Komentarze