In vitro - dwa magiczne słowa, które stają się rozpoznawalne dla coraz większej rzeszy osób. Rozumiane przez wiele lat stereotypowo jako pomoc małżeństwu w spełnieniu ogromnego marzenia, często niemożliwego z przyczyn fizycznych i tak budziło wiele wątpliwości. Na pytanie jednak, czy jesteś za zapłodnieniem in vitro, coraz więcej osób wykazując się empatią i zrozumieniem, odpowie - tak. To świadczy o zmianach w stopniu tolerancji dla potrzeb innych osób. Kiedyś jednak medycyna niosła znacznie mniejsze możliwości w tej dziedzinie. Dziś in vitro, to nie tylko pomoc bezpłodnemu małżeństwu w urodzeniu biologicznego dziecka. To także szereg różnych kombinacji, które stają się przyczyną buntu różnych środowisk, nie zgadzających się na coraz to śmielsze rozwiązania.
Agnieszka, jedna z bohaterek reportażu, cierpi na poliendokrynopatię, chorobę, której jednym ze skutków ubocznych jest przedwczesna menopauza. Kobieta przeszła ją w wieku dwudziestu kilku lat i już wtedy mogła się pożegnać z możliwością zajścia w ciążę w sposób naturalny. Nikogo nie powinno więc dziwić, że postanowiła skorzystać z możliwości oferowanych przez współczesną medycynę. W tym celu musiała skorzystać z komórki dawczyni, oraz nasienia dawcy (nie posiadała stałego partnera). Teoretycznie nie jest więc spokrewniona z dzieckiem, które urodziła. A to już zaczyna niektórych niepokoić.
Zaczęło się od samotnych kobiet, które pragnęły stać się matkami. Dziś już nie dziwią lesbijki i geje, którzy korzystając z różnych rozwiązań medycznych, ale i przede wszystkim prawnych zostają rodzicami. Czy jednak dziecko urodzone przez kobietę dzięki pomocy partnera przekazującego spermę, oraz własnej córki oddającej komórkę jajową, może kogoś zdziwić? Czy bulwersuje kogoś śliczne niemowlę, którego biologicznym ojcem jest jego dziadek oddający pełną plemników spermę swej synowej? A co z maluchami powoływanymi na świat przez dziadków dzięki pozyskaniu nasienia od zmarłego tragicznie syna? Czy to mieści się w granicach jakiejkolwiek normy? Czy stanie się niedługo czymś naturalnym i nie wywołującym dyskusji?
Podobnie jak coraz częściej poruszany ostatnio temat prawa dzieci urodzonych w procesie in vitro, do wiedzy o swoim pochodzeniu, czyli o tym, kim był dawca nasienia traktowany jako biologiczny ojciec. Dziś powstają całe organizacje zrzeszające dzieci urodzone w wyniku sztucznego zapłodnienia, które poszukują prawdy o sobie. Czy mają prawo do ingerowania w życie mężczyzny, który 20 lat wcześniej oddał spermę, by zarobić na bieżące potrzeby materialne? A co jeżeli okaże się być on ojcem setki dzieci rozsianych po całym świecie?
„Nie przeproszę, że urodziłam” to zbiór reportaży, które Karolina Domagalska zbierała blisko rok. Przez ten czas towarzyszyła niektórym bohaterkom stale, monitorując ich postępy w walce o bycie mamą. W międzyczasie wykonała również kilkanaście podróży do innych państw, by zebrać informacje, jak w innych krajach zapatrują się na sztuczne zapłodnienie. Książka, która powstała na podstawie materiału zebranego w Polsce, Ukrainie, Wielkiej Brytanii, Szwecji, czy Izraelu, więcej jednak stawia pytań, niż wyjaśnia. Takie właśnie jest in vitro. Zjawisko całkowicie zaskakujące swoimi możliwościami i idące dużo dalej niż ludzka tolerancja. Autorce książki doskonale udało się to zobrazować, poprzez dogłębną analizę motywacji ludzi pragnących mieć dziecko, bez względu na przekonania, pochodzenie, wykształcenie, czy religię. Te czynniki przestają mieć znaczenie w obliczu pragnienia, silniejszego niż wszystkie inne.
Ewa Podleśna-Ślusarczyk
(ewa.podlesna@dlalejdis.pl)
Karolina Domagalska, „Nie przeproszę, że urodziłam”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015
Komentarze