„Niebo na uwięzi” – recenzja

Recenzja książki „Niebo na uwięzi”.
„Jojo Rabbit” niedawno podbijał serca widzów w Polsce. Film o chłopcu, który patrzy na otoczenie swoimi dziecięcymi oczami, zauroczony nazistowską wizją świata, znajduje ukrytą w domu Żydówkę.

Chyba niewiele osób dotarło jednak do informacji, że inspiracją do nakręcenia „Jojo Rabbita” była książka - „Niebo na uwięzi”, która z pozoru opowiada tę samą historię. Ale nie od dziś wiadomo, że pozory potrafią mylić.

„Jojo Rabbit” można zakwalifikować jako czarną komedię, gdzie chłopiec zapatrzony w nazistów przeżywa przygody razem ze swoim idolem i wymyślonym towarzyszem – sympatyczniejszą wersją Adolfa Hitlera. W „Niebie na uwięzi” niewiele jest Hitlera, choć jego mroczna sylwetka, wyidealizowana przez młodego Johannesa niczym mroczny cień towarzyszy nam w tej historii. Przede wszystkim jednak książka ta bardziej jest dramatem psychologicznym czy nawet (jeśli możemy w ogóle użyć takiego sformułowania) soft-thrillerem psychologicznym.

O czym więc opowiada ta lektura? Johannes, mieszkający z rodzicami i dziadkami dorasta w Wiedniu w przededniu wybuchu II wojny światowej. Młody chłopiec jest podatny na wpływ rówieśników i przekaz propagandowy, lejący się szerokim strumieniem. Wkrótce dołącza on do Hitlerjugend, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że pod jego dachem rodzice sprzeciwiają się nowym porządkom i rozpoczynają działania opozycyjne. Pewnego dnia chłopak odkrywa, że w jego domu ukryty został intruz – Żydówka, reprezentująca naród, o którym nasłuchał się wielu przerażających opowieści. W pierwszym odruchu chce ją wydać, szybko jednak pojawia się strach (czy grozi coś jego rodzinie za jej ukrywanie?) i... ciekawość. Chłopak powoli zaczyna przesuwać granicę między tym co zakazane, a tym co niebezpiecznie fascynujące. Poczucie, że jej los spoczywa w jego rękach, że jej życie jest teraz jego własnością, upaja go. Ta fascynacja i zaborczość wkrótce  przeradza się w miłość, ale taką skomplikowaną, której bardzo blisko do nienawiści czy obłędu.

„Niebo na uwięzi” jest jak taniec między dwójką głównych bohaterów – przyciągają się i odpychają, a wojenne tło potęguje tylko emocje, jakie buzują w tej powieści. Tu nie ma jednoznacznie dobrych i złych bohaterów. Są tylko tacy, którzy zostali rzuceni w czasy walki o przetrwanie, gdy psychika ludzka wystawiana była na najcięższą próbę; gdy wróg czaił się wszędzie, nawet we własnym domu; gdy nikomu nie można było tak do końca ufać. Bombardowany Wiedeń nie jest jedynie niemym obserwatorem tych wydarzeń, jest jednym ze znaczących bohaterów.

„Niebo na uwięzi” Christine Leunens czyta się bardzo szybko, kolejne rozdziały prowadzą nas coraz bardziej w głąb tej historii. Od lektury trudno się oderwać, zapewne jest to też zasługa plastycznego języka i narracji, która dopuszcza nas do myśli i uczuć głównego bohatera.

Jedyne, co mogłabym tej powieści zarzucić, to samo zakończenie. Bardzo żałuję, że ostatnim mocnym przeżyciom bohatera nie poświęcono więcej czasu lub że książka nie zakończyła się dosłownie cztery akapity wcześniej niż to faktycznie ma miejsce.  To byłby bardzo mocny akcent na koniec.

„Niebo na uwięzi” warto przeczytać, choć to książka, która nie potrzebuje rekomendacji. Ona obroni się sama.

AP
(biuro@dlalejdis.pl)

Christine Leunens „Niebo na uwięzi” Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2019



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat