Z tym popularnym motywem postanowił zmierzyć się Szymon „Niornu” Biadasz w swojej najnowszej powieści „Niechciane przeznaczenie: Elfatre”. Czy autorowi udało się tchnąć odrobinę świeżości w walkę z przeznaczeniem, czy też będziemy po raz kolejny czytać coś, co znamy, ale z innymi bohaterami?
Fabuła „Niechcianego przeznaczenia” rozpoczyna się stosunkowo spokojnie. Autor kreuje przed nami wizję Ziemi, na której wreszcie panuje absolutny pokój, a wszelkie wojny odeszły w niepamięć. Ten globalny ład to zasługa potężnej firmy, która wdrożyła specjalny plan mający na celu zjednoczenie ludzkości. Jednak dla głównych bohaterów ten spokój nie trwa zbyt długo. Pierwszego poznajemy nastolatka imieniem Salvador, który zdecydowanie woli, gdy mówi się do niego Salv. Dowiadujemy się, że jego matka jest Polką, ale oboje mieszkają w Japonii. Jego naiwna wiara w obiecywany pokój i stabilność zostaje brutalnie zmiażdżona, gdy do domu wkracza tajemnicza organizacja z zamiarem zabicia go. W wyniku ataku życie traci jednak jego matka, która każe mu uciekać i osłania go przed postrzałem. Następnie, gdy dom staje w płomieniach, nastolatek zostaje wręcz wypchnięty z niego przez tajemniczą siłę. Zdając sobie sprawę, że to on jest celem organizacji, i nie chcąc pozwolić, by śmierć mamy poszła na marne, zaczyna uciekać i wpada na swoją długoletnią przyjaciółkę Mei. Tłumaczy jej szybko, co się wydarzyło, po czym razem zaczynają z ukrycia obserwować ulicę przed swoimi domami, która jest pełna czarnych samochodów i ludzi z tajnej organizacji. Na miejscu pojawia się policja, co wywołuje zamieszanie, ale też skutkuje wykryciem dwójki nastolatków. Przyjaciele ponownie rzucają się do ucieczki. W pewnym momencie jeden z napastników łapie Salva i gdy bohaterowie myślą już, że to ich koniec, dostrzegają machającą do nich postać. Biegną w jej kierunku i wpadają w portal do innego świata.
Książka napisana jest bardzo prostym językiem, dzięki czemu czyta się ją niezwykle szybko. Z tego powodu odniosłam wrażenie, że powieść raczej nie przypadnie do gustu starszym, bardziej wymagającym czytelnikom. Spore zgrzyty wywołał u mnie również sam warsztat pisarski autora. Wyjątkowo nie podobało mi się nagminne używanie zwrotów takich jak „zielonooka” czy „czarnowłosy” w odniesieniu do głównych bohaterów. Określenia te pojawiały się w zupełnie losowych momentach – nie pełniły nawet funkcji uzasadnionego zastępstwa dla imion czy słów takich jak „chłopak” lub „dziewczyna”, bo wplatano je w zdania, w których i tak nie doszłoby do żadnego powtórzenia. Dodatkowo sam wątek tytułowego, niechcianego przeznaczenia jest rozwijany bardzo wolno. Autor po przeniesieniu bohaterów do świata fantasy skupił się przede wszystkim na relacji między dwójką przyjaciół.
Osobiście książka nie przypadła mi do gustu. Czytając ją, cały czas miałam wrażenie, że większość tej historii już skądś znam lub coś bardzo podobnego gdzieś już widziałam. Z drugiej strony nie podchodziłam do tej lektury z myślą, że położy mnie ona na kolana swoją oryginalnością. Nie do końca rozumiem też, po co autor tak mocno podkreślał fakt, że główny bohater mieszkał w Japonii – wątek ten nie wydaje się mieć głębszego uzasadnienia fabularnego. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że to po prostu zabieg czysto marketingowy. W obliczu ogromnego wzrostu popularności anime, mangi i szeroko pojętej kultury japońskiej w Polsce, miał to być element, który przyciągnie do książki konkretną grupę czytelników szukających motywów w stylu japońskich opowieści fantasy. Mimo wszystko powieść może znaleźć swoich fanów wśród młodszych odbiorców, którzy przymkną oko na pewne niedoskonałości i powtarzalność lektury.
Natalia Gdeczyk
Szymon „Niornu” Biadasz, „Niechciane przeznaczenie: Elfarte”, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia, 2026.
Komentarze
Zgłoś komentarz, jeśli narusza regulamin, zawiera spam, obraźliwe treści lub inne nieodpowiednie informacje.
Zgłoś komentarz, jeśli narusza regulamin, zawiera spam, obraźliwe treści lub inne nieodpowiednie informacje.