Niewiele słów, wiele treści

Recenzja książki „Opowiadaczka filmów”.
Jeśli macie wolną godzinę i chcielibyście przeczytać coś wartościowego, to sięgnijcie po „Opowiadaczkę filmów”. Po godzinie będziecie żałowali, że dotarliście do ostatniej strony.

Proza południowoamerykańska w wydaniu Garcii Marqueza czy Vargasa Llosy przepełniona jest magią, która częściej komplikuje losy bohaterów, niż pozwala im znaleźć się na właściwej ścieżce. Złożony, wielopoziomowy system narracji sprawia, że czytelnik zanurza się w świat opisany przez autorów, wnika w niego i staje się jego częścią. Wielcy pisarze z tamtego zakątka świata poprzez słowa przekazują obraz społeczeństw, zagubionych pomiędzy magiczną tradycją a zachodnim postępem, nieubłaganie nadciągającym z północy. Na styku tych dwóch rzeczywistości rodzi się smutek – taki jak ten, o którym pisze Hernan Rivera Letelier.

Maria Margarita vel Haga Delcine wygrała wyjątkowy konkurs – jako jedyna z rodziny ma chodzić do kina, a potem opowiadać ojcu i braciom obejrzane historie. Talent dziewczynki sprawia, że jej opowieści przychodzi słuchać coraz więcej osób, a jej sława rozchodzi się po okolicy. Niepozorna Maria staje się gwiazdę tej zagubionej wśród Andów chilijskiej osady. Jednak w pewnym momencie jeden nieostrożny, prywatny występ doprowadza do rozpadu wyjątkowej więzi, a pewna nowinka technologiczna zmienia życie całej społeczności.

„Opowiadaczka filmów” to nie jest opowieść o rozbudowanej fabule. Konwencja tej mini-powieści bardziej przypomina kilka kartek z pamiętnika, napisanego przez rozczarowaną życiem, smutną kobietę, która stara się wrócić pamięcią do przeszłości i znaleźć moment, w którym popełniła błąd. Przypominając sobie kolejne wydarzenia, próbuje uchwycić ulotną magię tamtych chwil. Narracja pierwszoosobowa utwierdza tylko czytelnika w przekonaniu, że uczestniczy w wielkiej wędrówce do przeszłości, że został dopuszczony do po filmowego „seansu” w domu Marii Margarity.

Zbyt mało w tej książce fabuły, by streścić ją w więcej niż jednym akapicie, jednocześnie nie zdradzając szczegółów. 100 stron, 44 króciutkie rozdziały – każdy z nich stanowi oddzielną, niezależną myśl, która wpada na chwilę do głowy, a jednocześnie wymusza narodziny kolejnej. Strumień świadomości? Niekoniecznie, myśli bohaterki są tylko odzwierciedlaniem tego, co naprawdę się wydarzyło. I jeszcze ten smutek.

Społeczeństwa latynoamerykańskie w swojej świadomości mają zakorzeniony kompleks świata zachodniego. W mentalności znacznej części tamtych ludzi tkwi przeświadczenie, że są wykorzystywani przez Stany Zjednoczone, że traktuje się ich jako dostarczycieli zasobów naturalnych, narkotyków i służby domowej. Odzwierciedlenie emocji płynących z takich przekonań można znaleźć również w literaturze. Smutek, rozczarowanie i złość. Gawędziarz u Llosy zapijał masato smutkiem, Borges prawdopodobnie pod wpływem narkotyku odkrywał światy alternatywne, bo rzeczywisty był nie do zniesienia. Powieści nadziei peruwiańskiego pisarstwa – Jamie'ego Baylya – wprost ociekają alkoholem, osypują się z narkotyków i krzyczą z żalu, a Leonardo Padura – świetny kubański pisarz - zawsze jest spowity dymem z cygara, zapachem rumu i smutkiem. Bohaterowie stanowią bardzo często porte-parole autorów. Zatem postawienia pytania, za czym tak bardzo tęskni Rivera Leterlier, że postanowił napisać o tym mini-powieść, wcale nie jest bezzasadne. Ciekawe, za czym...

Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)

Hernan Rivera Letelier, „Opowiadaczka filmów”, MUZA SA, Warszawa 2012



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat