Zanim jeszcze dotarłam do właściwej treści, autorka aż czterokrotnie zdążyła spojrzeć uwodzicielsko w moją stronę, a to wypinając dumnie pierś, a to układając zmysłowo usta niczym do pocałunku. Szybko stało się jasne, że pani Marta Grycan chce mnie, a także wszystkich potencjalnych czytelników uwieść.
Eleganckie sukienki, idealnie ułożone lśniące włosy, perfekcyjnie pomalowane paznokcie, wyrazista czerwona szminka, głębokie dekolty, a na nogach, a jakżeby inaczej, szpilki. Jakoś nie bardzo mi to pasuje do gotowania (włosy zdecydowanie powinno się spinać!), ale pewnie się nie znam, bo zamiast w najlepszych sukienkach, gotuję w fartuchu. Przyjmuję jednak, że wszystkie te pozy pani Grycan to koronne dowody na „dolce vita”, które prowadzi, a jak głosi opis na tyle okładki „jej figura jest dowodem na to, że można wyglądać jak STUPROCENTOWA kobieta bez żadnych ograniczeń i katorżniczych diet”.
Książka „Moja Dolce Vita” podzielona jest na kilka działów, a każdy nosi efektowny tytuły np. „Zupy – cudowne i lekkie bomby witaminowe”. Szkoda tylko, że pod tymi hasłami kryje się z reguły niezbyt wiele przepisów, a spora część z nich brzmi mniej więcej tak: „wrzuć wszystko do garnka i gotuj przez jakiś czas”. Ale w gruncie rzeczy można to na siłę też uznać za zaletę, w końcu gotowanie powinno być łatwe i przyjemne.
Rozumiem, że Marta Grycan żyje w innym świecie niż ja, ale jednak nie mogę pojąć, jak „Rostbef z algoli i domowym pieczywem” może mieścić się w kategorii „Lekki i smaczny ekspres, kilka przepisów na posiłek w pracy”? Wołowina lekkim posiłkiem? Ekspresowe w tej kategorii mogą być pomidorki z balsamico, ale one z kolei nie jawią mi się jako sycący posiłek.
Niestety do mocnych stron autorki nie należy też nowatorstwo. Ciekawi mnie czy naprawdę trzeba sięgać po książkę kucharską, żeby na śniadanie przygotować „Twarożek z rzodkiewką i domowym pieczywem”? Albo, żeby ugotować rosół? Mimo to w książce Marty Grycan można znaleźć kilka wartych wypróbowania pomysłów np. na „Królika w figach i miodzie”, to niestety w ogólnym wrażeniu giną one rozmyte w uśmiechach autorki i banalnych pomysłach takich, jak „Indyk pieczony”. Wystarczy doprawić go solą i czosnkiem, a później dusić przez dwie godziny i voilà! Może warto by przy okazji podsunąć pomysł na jakiś sos do mięsa, albo inny dodatek, który sprawiłby, że danie naprawdę warte byłoby zaglądania do książki?
Lekturę odradziłabym wszystkim wegetarianom i osobom, które nie przepadają za daniami mięsnymi, bo te dominują w „Moja Dolce Vita”. Czego jednak nie mogę odmówić zbiorowi przepisów Marty Grycan, to bez wątpienia tego, że jest pięknie wydany. Zdjęcia potraw są naprawdę przekonujące, a całość przegląda się z prawdziwą przyjemnością. Bardzo podał mi się tez fragment o tym, jak można zrobić kosmetyki w domowym zakresie, szkoda tylko, że jest on tak krótki
Podsumowując, odnoszę wrażenie, że „Moja Dolce Vita” została napisana i wydana tylko po to, aby pani Marta Gyrcan mogła wcielić się w rolę modelki, która stroi słodkie minki, pozując w kuchennym otoczeniu. Być może jako osoba zamożna, celebrytka i wschodząca gwiazda telewizji, autorka wiedzie słodkie życie, niestety ja na kartach jej książki nie znalazłam przepisu na cudowne osłodzenie. „Moja Dolce Vita” mnie nie przekonuje.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Marta Grycan, „Moja Dolce Vita”, G+J Książki, Warszawa 2013
Komentarze