Niezły cyrk!

Recenzja książki "Woda dla słoni".
Panie i panowie, oto książka Sary Gruen „Woda dla słoni”. Może tytuł przywodzi Państwu na myśl afrykańską sawannę, w której zwierzęta beztrosko dla ochłody tarzają się w ziemi? Nic bardziej mylnego.

To powieść, którą zapamiętają Państwo na długo, a może i na zawsze. Lubią Państwo cyrk? A zastanawialiście się, jak to było, gdy nie był on taborem tirów, obklejonych kolorowymi plakatami, które wyprzedzały o tygodnie wydarzenie, będąc na każdym słupie ogłoszeniowym? Kiedyś cyrk przyjeżdżał torami kolejowymi i nie miał nic wspólnego z tym namiotem, który przychodzi wam teraz na myśl.

Rudowłosy Jacob Jankowski, syn polskich emigrantów (!), tak jak wy, nie wiedział za wiele na tematy cyrkowe. Studiował weterynarię w Cornell College, elitarnej szkole, a słonie, tygrysy i żyrafy widywał najczęściej na obrazkach w podręcznikach szkolnych. Po skończeniu szkoły, miał pomagać ojcu w lecznicy weterynaryjnej w Norwich. Jego myśli zajmowała przede wszystkim utrata dziewictwa. Śmierć rodziców jest dla niego szokiem, tym bardziej, że nie pozostał mu nawet dom rodzinny, który przeszedł na własność banku. Będąc bezdomnym, samotnym młodym mężczyzną, który wybiegł z sali, w której odbywał się egzamin kończący studia, trafił do pociągu Najbardziej Osobliwego Widowiska na Ziemi Braci Benzinich. To tutaj, nieporadny Jacob dorasta, uczy się ciężkiej pracy wśród zwierząt, przeżywa inicjację seksualną, pierwsze upojenie alkoholowe, aby potem poznać smak niełatwej miłości. Wszystko się zmienia, gdy do borykającego się z finansowymi problemami cyrku trafia piękna, lecz niezbyt skora do akrobacji – słonica Rosie.

Wszystko to wspomina Jankowski z perspektywy pobytu w domu starców, a powodem powrotu do odległej przeszłości jest rozbijający się niedaleko cyrk. Staruszek tęskni za prawdziwym jedzeniem, chrupiącym, do pogryzienia. Tutaj dostaje tylko papkę dla niemowląt. Sam zastanawia się, czy gdyby miał wybór, wybrałby kolbę soczystej kukurydzy, niż uprawianie miłości z kobietą. Jak sam mówi: „Co wcale nie znaczy, że nie miałbym wielkiej ochoty po raz ostatni wytarzać się w sianie – ciągle jestem facetem, a pewne rzeczy nie umierają nigdy”. Jednak wszystkie te rzeczy zamieniłby na powrót do cyrkowego życia.

Być może książka, bez umieszczenia akcji w danych realiach, byłaby tylko ckliwym romansem, opowieścią o miłosnym trójkącie, w którym jedna osoba jest całkowicie zbędna. Autorka poświęciła wiele czasu, by poznać historię amerykańskich cyrków z początku XX wieku. Okazuje się bowiem, że wiele wydarzeń, które mają miejsce w powieści, wydarzyła się naprawdę, co sprawia, że gaśnie sceptycyzm dotyczący prawdopodobieństwa podawanych zdarzeń. I tak dowiadujemy się od autorki, że słoń, który systematycznie wyciągał kołek i kradł lemoniadę, żył naprawdę. Tak samo jak słonica, która zabiła swojego tresera, gdy ten nakarmił go zapalonym papierosem. Za karę Topsy, bo tak się nazywała, została śmiertelnie porażona prądem przez samego Tomasza Edisona. Rzetelność Gruen w doborze informacji sprawia, że przenosimy się wraz z bohaterami do Dwudziestolecia Międzywojennego, który był dla Stanów czasem Wielkiego Kryzysu. Nie tylko rozumiemy, dlaczego Wielbłąd, znajomy Jacoba z jednego wagonu, zachorował (w latach 1930-1931 około sto tysięcy amerykanów doznało paraliżu po spożyciu wyciągu z imbiru jamajskiego), ale zostają odkryte tajemnice cyrkowych iluzji (dowiadujemy się m.in. dlatego konie do woltyżerki najczęściej są białe). Autorka zadbała również o wierne odtworzenie zachowania Rosie. W tym celu konsultowała się z dawnym treserem słoni, by poznać język ciała tych zwierząt oraz ich zachowanie. Wydanie z Robertem Pattisonem oraz Reese Witherspoon na okładce (film w tej gwiazdorskiej obsadzie miał premierę w tym roku, warto obejrzeć po lekturze choćby po, by usłyszeć z ust hollywoodzkich aktorów zdania w języku polskim) zostało ubogacone wspaniałymi fotografiami oddającymi ducha epoki, na których widzimy codzienne życie mieszkańców cyrku, o których czytamy w powieści. Przy tak dobrze wydanej książce szkoda, że nie zadbano o wyszczególnienie partii tekstu, które w oryginale były po polsku. Jednak mimo wszystko, warto dać się wciągnąć w opowieść i dowiedzieć się, co piją słonie i czy na pewno jest to tytułowa woda.

Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)

Sara Gruen, „Woda dla słoni”, Rebis 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat