„Nikomu nie powiem” – recenzja

Recenzja książki „Nikomu nie powiem”.
„Wokół MacAllisterów zawsze krążyły jakieś dramaty”.

Wydaje się to absurdalne. Przecież dorastali w istnym raju na ziemi, spędzając każde lato na położonym nad jeziorem obozie należącym do ich rodziców. Camp Macaw został założony przez ich dziadków i przez kilkadziesiąt lat działalności zyskał stałe grono bywalców. Wiele osób wracało rok po roku, nawiązując nowe znajomości i tworząc kolejne wspomnienia, a następnie zarażając pasją kolejne pokolenia. Nic nie zapowiadało, że w tym sielankowym miejscu kiedykolwiek dojdzie do tragedii, która będzie gnębić rodzinę MacAllisterów dwadzieścia lat później.

Kiedy rodzice niespodziewanie giną w wypadku kolejowym, piątka dorosłych już dzieci przyjeżdża do zamkniętego po sezonie obozu, aby poznać testament ojca i wspólnie zdecydować, co zrobią z ośrodkiem. Treść ostatniej woli nie dotyczy wyłącznie kwestii materialnych - zmarły postanowił bowiem obwarować podział majątku nietypowymi warunkami. Chcąc, nie chcąc, Ryan, Margaux, Mary, Kate i Liddie muszą wrócić pamięcią do feralnej nocy, kiedy w łodzi znaleziono ciało zranionej w głowę Amandy Holden. Na odkrycie prawdy skrywanej przez dwie dekady mają zaledwie dwa dni.

Rozwój sytuacji oglądamy z perspektywy siedmiu osób: rodzeństwa, dozorcy Seana oraz retrospektywnie Amandy. Zabieg ten z jednej stroni czyni fabułę bardziej dynamiczną, z drugiej unaocznia, jak bardzo postaciom brakuje głębi, czyniąc wskazanie oprawcy wyjątkowo łatwym zadaniem. Zwykle narzekam, że pisarze kreują za dużo wątków pobocznych, niemalże na siłę zapełniając kolejne strony, jednak ta historia aż prosi się o lepsze przedstawienie relacji między bohaterami. Momentami ma się wrażenie, że poza więzami krwi nic ich tak naprawdę nie łączy, a skoro kilkanaście lat wspólnego życia nie zdołało ich do siebie zbliżyć, tym trudniej jest to zrobić czytelnikowi, który spędzi z nimi kilka godzin. Trudno też mówić o powieści psychologicznej, kiedy każdą z osób można w zasadzie skwitować jednym słowem.

Motyw stopniowego ujawniania sekretów z przeszłości zwykle jest i tym razem również mógł być doskonałym motorem akcji. Tak się niestety nie dzieje, ponieważ w zdecydowanej większości są one boleśnie monotematyczne. Z jednym wyjątkiem wszystkie tajemnice MacAllisterów sprowadzają się do kwestii dawnych (nie)spełnionych miłości i romansów. W porównaniu z amerykańską rozbrykaną młodzieżą zmagającą się z chorobami, nałogami, agresją i nic nierozumiejącymi rodzicami, ich kanadyjscy rówieśnicy wypadli niezwykle smętnie i blado.

Jeśli chodzi o kwestie bardziej techniczne, osobiście wolałabym, żeby rozdziały nie posiadały tytułów, ponieważ w najlepszym przypadku są zbędne, w najgorszym - trącą kiczem np. „Nadchodzi burza”, „Coś się szykuje”, „Co widziały moje gały”, „Przeprawa przez jezioro wspomnień”, ”Wściekłość wobec gasnącego płomienia”.

„Nikomu nie powiem” czaruje okładką, ale nie przekonuje ani jako thriller, ani dramat rodzinny. Ostatnią deską ratunku mógł być nostalgiczny klimat lat 90. Naprawdę chciałam, żeby udzieliła mi się tęsknota za czasami letnich kolonii, jednak do końca nie udało mi się zrozumieć, czemu Camp Macaw cieszył się tak wielkim powodzeniem wśród przyjezdnych i tak wielką niechęcią ze strony MacAllisterów.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Catherine McKenzie, „Nikomu nie powiem”, Oświęcim, Wydawnictwo NieZwykłe, 2020 r



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat