Ostatnio nie miałam dużego szczęścia do kryminałów. Z reguły, niestety, mają dość przewidującą fabułę i zupełnie jałową akcję. Nie oczekuję cudów. Raczej czegoś, przy czym naprawdę przyjemnie będzie spędzić coraz dłuższe jesienne wieczory.
I wreszcie trafiłam na książkę, którą czytałam z przyjemnością. I przyznam, że nie z uwagi na naglącą potrzebę poznania zakończenia tej historii. Raczej dzięki temu, jak cała opowieść została poprowadzona.
Scott McGrath był dziennikarzem śledczym i autorem kilku książek, któremu dobrze się wiodło. Do czasu aż zdecydował się uczynić Stanislasa Cordovę - nieuchwytnego od lat reżysera niezwykle mrocznych filmów - bohaterem kolejnego swojego artykułu i dziennikarskiego śledztwa. Publicznie skompromitowany po ujawnieniu niepotwierdzonych informacji, niemal zrujnowany po procesie o zniesławienie, jaki wytoczył mu reżyser, Scott powoli podnosi się po porażce. Oczywiście (co chyba dość powszechne u tego typu bohaterów) po drodze odeszła też od niego żona, zabierając ze sobą córkę. Wszystko zmienia się w dniu, gdy Scott dowiaduje się, że w dość tajemniczych okolicznościach zginęła córka Cordovy, Ashley. Policja uznała, że było to samobójstwo. Scotta to jednak nie przekonało, zbyt wiele pojawiało się w tej historii znaków zapytania. Dziennikarz po raz kolejny wchodzi do tej samej rzeki, wierząc, że wyjaśniając co takiego stało się z Ashley, prędzej czy później dotrze do prawdy o jej ojcu. Tym razem nie jest jednak sam. Czy tego chce czy nie, śledztwem dzieli się z dwójką przypadkowych współtowarzyszy.
Dlaczego jest to książka, którą warto przeczytać? Przede wszystkim z uwagi na jej klimat. To on mnie urzekł niemal od pierwszej strony. Wszystko tu jest jakby rozmyte, za mgłą. Intryga z każdym rozdziałem coraz bardziej się zagęszcza. A każdy kolejny kawałek układanki, zamiast przybliżać do rozwiązania, zdaje się być ślepym zaułkiem. I te miejsca akcji! Przyjrzyjcie się im podczas lektury. Ja miałam wrażenie, że bez względu na to, czy znajdowaliśmy się w domu głównego bohatera, w szpitalu czy w sklepie z fortepianami, w bezwzględnie każdym miejscu czai się coś mrocznego. Bez wątpienia narracja jest najmocniejszą stroną „Nocnego filmu”. Marisha Pessl spisała się na piątkę z plusem.
Na korzyść tej powieści działały dodatkowo zamieszczone w niej materiały, jakie do dyspozycji miał główny bohater. Czy to wycinki z gazet, strony internetowe, zdjęcia – wszystko to możemy zobaczyć na własne oczy, co bez wątpienia przyczynia się do większego zaangażowania w całą historię i większe poczucie realizmu. Czy łatwo dacie się zatracić? Cóż, stawianie oporu może nie być tak przyjemne jak pozwolenie na to, by książka was pochłonęła.
„Nocny film” Marishy Pessl ma ponad 750 stron. Wierzcie mi, że nawet nie zauważycie, kiedy miniecie połowę książki. Mój entuzjazm osłabł dopiero około strony 700. Jak dla mnie zakończenie było trochę rozwleczone, przegadane. Ale tak jak wspomniałam, z uwagi na całokształt, jestem w stanie to autorce wybaczyć.
Przede mną na pewno lektura innych książek Marishy Pessl. Jeśli tylko nie stanie się tendencyjna, jest szansa na to, że znalazłam wierną towarzyszkę jesiennych wieczorów z książką.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Marisha Pessl, Nocny film, Wydawnictwo Albatros, Warszawa
Komentarze